Bangkok, Tajlandia

Bangkok

miasto

Z Ayuthhaya wróciliśmy do Bangkoku znowu minivanem – zawsze full, odjeżdża jak zbiorą się ludzie czyli prawie non stop. Z racji obfitego bagażu zawsze musieliśmy brać 3 bilety, ale dodatkowe 6 zł za nieleżące na nas 15 kg raczej nie problem.

Nasza ocena Bangkoku?

Ogromny i zatłoczony (10 mln mieszkańców) – nawet jak coś ma być blisko – nie jest. Na mapie wygląda na 1 km to będzie 50 min. zdrowego marszu.

Skorzystaliśmy znowu z Couch Surfingu co może nie do końca było dobrym pomysłem. Nasz tutejszy host mieszka dość daleko od centrum, jest anglikiem i ewidentnie brakuje mu towarzystwa do imprezowania. Zamiast na tajskie jedzenie zabrał nas do angielskiego baru (po wejściu czuliśmy się znowu jak na innej półkuli), knajpy z brytyjskim jedzeniem, pożegnanie Amerykanina (i tu była muzyka na żywo – głównie amerykańskich kawałków), a na koniec na karaoke. Powrót o 3 rano i nici z porannego zwiedzania.

Bangkok wcale nie jest tani. Co prawda jedzenia na ulicach kosztuje 3 – 4 zł za porcję z ryżem, ale to rzadkość – reszta minimu 8 zł i różnie można trafić.

Co warto zobaczyć w Bangkoku?

Pałac, który jest gigantyczny, otwarty jest do 16:00, nie weszliśmy do środka bo było za późno. Obejście jednej ściany zajęło nam ok. 15 min. Patrząc na szczyty dachów jest tam nieziemsko, ale mur wokół jest tak wysoki, że nie ma szans zrobić nawet pół zdjęcia.

Popłynęliśmy na druga stronę kanału do Wat Arun – świątynia w remoncie, ale i tak robi wrażenie. Wejście 5 zł i 3 zł za wypożyczenie chusty dla mnie, co by Buddy nie obrazić.

SAM_3367

wat

arun

AR2SAM_3370

China Town, ale może nie tak późno jak my. Masa ludzi, kupić można dosłownie wszystko. Brudne, ciemne miejsce, gdzie trochę panikowałam.

Króla – nie wiemy na pewno czy widzieliśmy króla, ale głęboko w to wierzymy 😉 Spacerując w okolicach pałaców i ministerstw (które są jeden na drugim, każdy większy i bardziej złoty od poprzedniego) jeden z żołnierzy zatrzymał nas i dał do zrozumienia, że iść nie wolno. Ludzie siedzący na przystanku wstali, podeszli do krawędzi ulicy, stanęli w rządku, zrobillismy to samo. Po chwili głośna wojskowa muzyka i kolumna samochodów na sygnale. Żołnierz podziękował nam ładnie, a my podreptaliśmy dalej. Taja się o króla nie pyta. Król jest ciut pod Buddą i to nieładnie o takich świętościach rozmawiać.

król

Snake farm, którą opisywałam już wcześniej.

Tajskie świętości

Religią Tajlandii jest głównie Buddyzm i Hinduizm, ale chyba  nikt nie wie jaka jest różnica. Po filozofię odsyłam do wikipedii 😉

Na każdym rogu są złote ołtarze i domki duszy. W pobliżu można kupić kwiaty i złożyć je w ofierze. W zależności od bóstwa jakie się znajduje na ołtarzu dary mogą być inne. Bóg sukcesu z chęcią przyjmuje dary w postaci bananów, papaji i wielu innych, których nie pamiętamy – leżą one mniej więcej pół dnia po czym są sprzątane. Woda zawsze chętnie widziana.

oltarz

W centrum handlowym jest sala modlitw, gdzie można się udać po jeździe na lodowisku, a przed pokazem mody, albo koncertem.

Budda wcale nie jest siedzącym grubaskiem, a może i jest, ale tu w tej postaci występuje bardzo rzadko. Najczęściej złote posągi to smukła siedząca postać. Przy kupnie wizerunku Buddy trzeba pamiętać, że nie może to być ozdoba, nie można robić sobie tatuażu z jego podobizną o czym informują wszystkie tablice w okolicy sprzedaży.

Restauracje

Nie mamy z nimi jakiś super dobrych wspomnień. Zazwyczaj trafialiśmy na średnie jedzenie – gorsze niż na ulicy i znacznie droższe.

Zawsze obsługuje nas przynajmniej 4 – 6 osób. Inna odbiera zamówienie, 2 przynoszą jedzenie, rachunek przynosi ktoś inny itd. Do naszego stolika zawsze podjeżdża stoliczek, na którym stoi lód, pudełko ze sztućcami i napoje, które dolewane są na bieżąco i bynajmniej nie przez nas.

Nie zostawiamy napiwków większych niż 2 zł. To podobno zasada, żeby turystów nie wrobić w więcej. Jak pisze no tips to no tips. Daliśmy raz napiwek osobie, która nas obsługiwała i od razu zaniosła go „liczącemu-kasę”, więc nic z tego nie miała.

Transport w Bangkoku

Poruszanie po Bangkoku jest kilka opcji i każda z nich ma bardzo wyraźne plus i minusy. Jedyny transport jakiego nie spróbowaliśmy do tej pory to tuk tuki. Wybrany transport zależy bardzo od potrzeby podróżującego i miejsca do jakiego się udaje.

rondo

W  grę wchodzi:

BTS – czyli kolejka nadziemna,

+ jest szybka,

+ jeździ na bardzo duże odległości

– jest relatywnie droga

– są tylko 2 linie więc i tak trzeba przesiadać się na metro

Dzienny bilet kosztuje 15 zł na osobę, a i tak trzeba będzie dokupować bilet na metro

Metro – mniej więcej jak powyżej tylko podziemna

Kolejka na lotnisko –Jak powyżej

Taxi

za trzaśnięcie drzwiami płacimy 3,5 zł (35 baht). Pierwszy kilometr jest za darmo, a każdy kolejny za 70 gr. W Bangkoku jednak korki są tak szalone, że nie ma szans na płynną jazdę.

+ tania opcja

+ super na krótsze trasy

– stoi w korkach

Zdążyliśmy zostać oszukani, albo próbowani oszukani. Taksówkarz powiedział, że zapłacimy 40 bath, nie włączył taksometru, a przy wysiadaniu wyrzucił nas z taksówki twierdząc, że mówił 400. Czy wiedzieliśmy? Oczywiście, ale zawsze jest ta nadzieja – jego, że załacimy, nasza, że jednak nas nie oszuka. Niewłączanie taksometru jest tu zakazane i karane więc, jego nadzieja, można powiedzieć była trochę głupsza 🙂

Cena wszystkich taksówek w kraju jest taka sama – bez względu na miasto i firmę. Różnią się kolorami i na prawdę nie ma to znaczenia, którą się weźmie. Ceny benzyny na stacjach też są takie same, ale tu w zależności od regionu – im dalej od cywilizacji tym drożej bo dochodzą koszty transportu paliwa. Stacje radzą sobie z takim stanem, my byśmy to nazwali programem lojalnościowym, a oni po prostu przy tankowaniu dają np. darmową wodę.

Tuk – tuki – zawsze trzeba się targować na co kompletnie nie mieliśmy ochoty, nie są do końca tanie i na duże odległości się nie opłacają.

Taxi wodne – zdecydowanie najfajniejszy sposób podróżowania. Każdy kanał posiada jakąś linię. Łodzie płyną z ogromna prędkością na samochodowych silnikach, więc jest moc.

SAM_3361

+ szybkie

+ dużo frajdy

+ tanie

– z wiadomych przyczyn nie wszędzie da się dostać

– zatłoczone

– czasem trudniej znaleźć „przystanek”

przystanek

– trzeba do nich „wskakiwać” więc kto słabszy ten nie wsiada.

Drogą wodną poruszają się najbiedniejsi Tajowie, więc dla nas było to dodatkowe ciekawe doświadczenie. Po wejściu na łódź podbiega pani (poruszająca się po krawędzi zewnętrznej) i zbiera po 1,90 zł od każdego.

Samochody

Kawałek poświęcony mojemu tacie, który po każdej podróży pyta jakie są samochody w innym kraju, a są tu wypasione. Bardzo dużo pickupów i wielkie uwielbienie dla Isuzu. Reszta to japończyki. Nie widziałam tu żadnego starego samochodu, rozbitego czy zarysowanego. We wsi u Sky przed każdym domem stały przynajmniej dwa.

Poruszanie się po Bangkoku albo po Tajlandii wydaje mi się kompletnie niemożliwe.

  1. Lewostronny ruch
  2. Skutery wszechobecne na które na prawdę trzeba uważać bo chyba zawsze powożą ich samobójcy
  3. Znaki często są tylko w tajskim bez arabskich podpowiedzi
  4. Korki są gigantyczne przez co jeżdżenie bywa udręką

Niesamowitości dnia dzisiejszego:

1. Turyści mają własną policję. Turist police jest we wszystkich miejscach, gdzie znajdować się może więcej Farangów. Dzięki temu kraj dba o to, żebyśmy tu wszyscy przyjeżdżali, wydawali u nich pieniądze, żyli szczęśliwie i zapraszali tu więcej ludzi.

2. Nie ma w sklepie:

  • sałatki
  • pieczywa
  • nabiału

Jest ryż

Dostać sałatkę to cud. Ryż i mięso są we wszystkich potrawach, a sałaty brak. Dostałam jedną i już nie chcę – stara, niedobra i brzuch bolał.

Pieczywo to jakaś wata jak w UK.

O nabiale pokłamałam, bo niby jest, ale kto kupuje mleko za 9 zł za litr, albo serek Hochland 8 plastrów za 8 zł…

3. KAŻDY lek w aptece można kupić bez recepty – self curing (samoloeczenie)

wc

Pozdrawiamy

p i l

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *