Australia, Prywatnie ludzkie

Bóle objeżdżania

Podróże mają niewiarygodną moc. Łączą ludzi i rozdzielają w tym samym momencie. Wsiadamy do samolotu i już nas nie ma i już jest inny świat. Każdy pewnie zdaje sobie sprawę jakie są korzyści podróżowania. Poznajemy nowy całkiem inny świat, poznajemy nowych ludzi, nową kulturę, uczymy się obcego języka. Przy okazji poznajemy siebie, swoją elastyczność i zdolność dostosowywania do nowych sytuacji.  Codziennie zderzamy się z sytuacjami które, są dla nas niecodzienne. Wszystko jest nieznane, nawet pójście do lekarza jest nowym doświadczeniem, system podatkowy jest czarną zagadką, a kupienie owoców o jakości i cenie wymaga kilku dni zwiedzenia “swojej” nowej okolicy. To wszystko bez wątpienia jest piękne i uczy bardzo wiele, ale w tym samym momencie tyle odbiera.

Odbiera nam was, nasze rodziny, przyjaciół, znajomych, ale też miejscach które lubiliśmy i były “nasze”.

Dzisiejszy wpis jest dla wszystkich tych, którzy zostali i miejsc które opuściliśmy by iść dalej.

Dziś zatem będzie o minusach objeżdżania świata, jako ze plusy wydaja się intuicyjne. Z wiadomości, które dostajemy wynika, że my w raju mieszkamy, za które trzeba być dozgonnie wdzięcznym. Co oczywiście nie jest prawdą, bo po ponad roku w jednym miejscu, to uwierzcie już nie są wakacje.

Ból nr 1 Omijanie

Uczestniczymy we własnym szczęściu na końcu świata, ale przez to jesteśmy pozbawieni szczęścia jakie jest w naszych domach. Nie jesteśmy na kolejnych urodzinach naszych ojców, nie przynosimy kwiatów na dzień mamy, ja już nie pamiętam jak pachnie mój brat. Przez ostatnie pół roku obejrzeliśmy więcej dzieci (naszych znajomych) na skype, niż kiedykolwiek mieliśmy na rękach. Nie ma nas, gdy nasi znajomi robią kolejne pępkówki albo wesela. Nasi chrześniacy nie wiedzą jak wyglądamy, bo ten wujek na ekranie to tylko jakiś nieznany pan o którym się słyszy w domu, a ta ciocia to tylko jakaś pani od zabawki raz w roku.

Omijają nas też odejścia i smutki. Nie ma nas a oni odchodzą, nie ma nas na ostatnich pożegnaniach bliższych i dalszych nam osób. Nie płaczemy razem i mimo, że jest nam smutno, to nie uczestniczymy we wspólnym żalu. Przy tym przez tą odległość pewnie każde z nas ma nadzieje, że pod naszą nieobecność nic się nie wydarzy, nikogo nie stracimy, że jeszcze zdążymy wrócić i pożegnać się z tymi, którzy mają odejść, że jeszcze jest czas.

Nie znaczy to że oddaliliśmy się od nich sercem, ale jakby to nie to samo móc podnieść słuchawkę i zadzwonić, a co innego czekać do weekendu, bo inna strefa czasowa uniemożliwia rozmowę z północną półkulą świata. Nawet takie z pozoru nie istotne rzeczy, jak pora roku ma znaczenie. Bo u nas zima to bardzo byśmy chcieli, a w Polsce lato i nie bardzo po  drodze  do komputera.

Ból nr 2 Nic na zawsze

Czuć w naszym życiu swego rodzaju tymczasowość. Zaczęliśmy prace, niby osiadamy, ale w głowie mamy tylko kolejny wyjazd. To tak jakby ktoś powiedział wam, że teraz macie się przyzwyczaić  do swojego nowego kąta, wysprzątać go, poznać się z sąsiadami, kupić psa, a później przenieść się do nowego brudnego kąta, zapomnieć o nowych przyjaciołach, a psa wygonić na ulice.

To uczucie nie pozwala nam tak na prawdę w nic zaangażować się na 100%, bo to tylko na chwilę. W Perth byliśmy w zespole, w którym na prawdę cudowne było uczestniczyć w festiwalu w Melbourne na zakończenie. Przynajmniej tu pojawiło się uczucie spełnienia i zakończonej misji. Na co dzień już jest trudniej, bo byśmy chcieli, ale wiemy, że zaraz coś się zmieni. Chciałam zacząć wolontariat jak w Perth, ale gdzie, jak zaraz się wyprowadzamy.

Jeśli mieszkasz w jednym miejscu to powoli angażujesz się w życie społeczności, uczestniczysz, pomagasz, jesteś. A my tymczasem jesteśmy między tu a tam, tu już nas prawie nie ma, a tam jeszcze.

Ból nr 3 Etapy

W stosunku do wszystkich znajomych jesteśmy zacofani życiowo. W sumie to nie wiem czy to powinno być wśród bóli. Dla mnie nie, ale fakt jest faktem, że nie jesteśmy po ślubie, nie kupiliśmy mieszkania ani samochodu, nie mamy dzieci, ani kredytu we frankach 😛 I tak, zaoszczędziliśmy pieniądze, żeby tu przyjechać, ale przez to nasze gniazdko rozwiało się z kolejnymi kilometrami samolotem. Ja tam się cieszę z wielu tych punktów, a jednak przestajemy coraz bardziej rozumieć te światy, które poszły w życiowym zaangażowaniu znacznie dalej bo to już nie nasz etap.

Ból nr 4 Aspołeczni

Nie wiem czy każda jeżdżąca para tak ma, ale my zrobiliśmy się aspołeczni. Może to nie jest wina drogi tylko wieku, ale coraz częściej wracamy po prostu po pracy, idziemy na spacer, jedziemy sami na kolejny wyjazd.

Mówię Ł. żeby poszedł na piwo a on na to, że zbiera siły na Polskę. Mam nadzieję, że Polska to czyta i nie zawiedzie jak będzie taka okazja 😉

A teraz na koniec wrzucę wam skaczące  zdjęcie pełne radości, które jednak nie zmienia, że bóle istnieją każdego dnia.

IMGP5046

8 Comments

  1. PaKo

    Czuję, że w tym co napisałaś dużo jest racji i emocji. Ciągłe bieganie za tym czego jeszcze nie widzieliśmy, czego nie doświadczyliśmy. Te planowanie, realizowanie, kolejne planowanie i kolejna realizacja…

    Wtedy mi się przypominają słowa Danuty Szaflarskiej: “Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: <> Pozbądź się tego wewnętrznego biegu. Oglądaj świat, obserwuj, co się dookoła ciebie dzieje, bo życie mamy jedno, a przecież we wszystkim można znaleźć tyle piękna. Właściwie samo to, że się żyje, jest już czymś cudownym”.

    No właśnie, te słowa pozwalają zrozumieć, że celem nie jest pojechanie, zobaczenie. To ani nie mus ani nie konieczność. Kraniec świata nie jest równoznaczny ze szczęściem. Szczęście znajdujemy w życiu każdego dnia. Samo bycie w danym miejscu, leżąc w łóżku czując ciepło, stojąc w parku czując wiatr i zapachy, jedząc loda czując jego smak, to daje mnóstwo szczęścia. Trzeba je tylko dostrzec, docenić i celebrować i koniecznie nie przechodzić obojętnie ponad tymi radościami. Te małe szczęścia wypełniają bowiem serce najbardziej i najlepiej…

    … no i przestanie się w pewnym momencie żałować tych niezdobytych MontEverestów 😉

    Reply
    1. Paula Author

      Dziękuję, pewnie tak. I racjonalnie każdy podpisze się dwoma rękami pod tym co napisałeś, ale potem wyjrzy przez okno i przypomni sobie, że znowu gdzieś czeka jakiś obowiązek, jakiś mus. Czuję, oddycham, wącham i nagle sobie zdaję sprawę, że ten tramwaj jednak cały czas jedzie, życie przemija, i chcę z niego wycisnąć jeszcze kroplę więcej. Bo nie będzie więcej okazji, bo moment przemija, bo nie chcę żałować niepodjętych akcji i niezrealizowanych planów.

      Australia pod tym względem (z tym całym zrelaksowaniem z którego się śmiejemy) wydaje mi się dobrze uczy uważności i cieszenia się z natury. Tutaj jak nigdzie zadzieram głowę na każdy spacerze, znam ptaki i rośliny i pewnie dużo w tym po prostu fascynacji nowością, a może po prostu dorastam 😉

      Reply
    1. Paula Author

      Łączymy się zatem z Tobą w tym bólu 😉 Też omijasz? Niee…to nie omijasz, ty może jesteś w Bólu nr 3 w etapach, które chcemy żeby szybciej się przepoczwarzyły w następne 😉

      Reply
  2. Duszka

    Paula (zakładam , że to Ty pisałaś, bo jakoś nie podejrzewam Carusa o rozrzewnienie na wspomnienie zapachu brata ;)), na pocieszenie (a może wręcz przeciwnie) powiem Ci, że te emigracyjne bolączki są dość uniwersalne i zdarzają się nawet bez wyjeżdżania (zwłaszcza w temacie rozjazdu priorytetowo-towarzyskiego), więc w sumie to chyba jednak dobrze, że pojechaliście :)
    Buziaki z deszczowej Warszawy! Czekamy z hektolitrami wódki, żebyście nie żałowali, że tak się oszczędzaliście na drugiej półkuli.

    Reply
    1. Paula Author

      Duszko, ja pisałam i piszę, Ł. jeszcze nie dotknął ani na moment klawiatury na Objechać 😉
      Pewnie gdybyśmy byli na miejscu to z tymi priorytetami, by się zgadzało ale teraz nawet nie mamy szansy tych dzieci zobaczyć, czasem nam tak bliskich.
      Bardzo dziękujemy, za słowa wsparcia. Bardzo się przydają. A litów sobie nie oszczędzajcie tylko ćwiczcie bo czasu już zostało niewiele.

      Reply
    1. Paula Author

      oj S zawsze byłeś sentymentalny tylko dopiero teraz jesteś wystarczająco dorosły, żeby się do tego przyznać 😉

      Reply

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *