Queensland

Cape Tribulation | Tam gdzie kończy się australijska droga

To moje ulubione miejsce, o którym najbardziej lubię opowiadać, bo sama przy tym dostaję gęsiej skórki – Cape Tribulation.

Tego dnia jakoś wyjechaliśmy za późno z Cairns, chcąc dotrzeć do samego końca naszej podróży – Cape Tribulation na północy stanu Queensland. Po drodze zaczęło padać, później lać, później droga zmieniła się w potok. Jechaliśmy tak przez jakiś czas na pełnych obrotach wycieraczek. Cape Tribulation pochodzi o słowa Trouble czyli kłopoty, no więc wszystko się zgadza!

Droga zaczęła się zwężać i zrobiła się drogą w jedną stronę z przepaścią po prawej i skałami po lewej. Na zakrętach do tego wszystkiego często wisiały korzenie roślin rozpaczliwie przyczepionych do skał. Nie widząc już praktycznie nic zatrzymaliśmy się na moment.

Jedziemy dalej czy nie? Do wylotu do Nowej Zelandii zostały 2 dni a tu idzie okres monsunów, jak pojedziemy i zaleje drogę, to możemy nie wrócić na czas. Nie pojedziemy, to nie zobaczymy tego, co tam na nas czeka.

Przypomnieliśmy sobie, że 5 min wcześniej minęliśmy jakiś hotel. Podjechaliśmy pod niego jadąc 5 km/h a tam pełny parking. Dzieci biegają w błocie, woda wali z nieba tak, że kurtka przeciwdeszczowa to jakiś żart, panowie kierowcy otwierają pierwsze piwa.

20170217_174158

Nie wiem skąd tyle tych ludzi się tam wzięło, bo wyglądali na lokalnych, a nie mijaliśmy prawie żadnych domów. Próbuję podpytać kogoś o radę czy warto pchać się dalej, na co pan szybko wyjmuje smartfona z jakąś super aplikacją, na której ma podgląd monsunów live. O! mówi, tu jest jakieś monsun, ale dziś nas ominie. To nam wystarczyło.

Powoli, już po zmroku docieramy do naszego noclegu na końcu świata. Mamy domek w lesie deszczowym. Wokół natura huczy, wszystko kumka i chrobocze. Tu czuć, że jesteśmy gośćmi. Powietrze jest gęste od dzikiej natury. Tak dzikość jakoś tak dziwnie lepi się do człowieka. Sprawia, że nabieramy pokory i szacunku do tego co nas otacza. Pewnie to jest też strach, bo najbliższego szpitala nie jest blisko, a nawet rośliny mają kolce, więc coś musi być na rzeczy, przed czym chcą się bronić. Sprawdzasz krzesło zanim siądziesz, zamykasz dokładnie drzwi do domu, żeby nic nie wlazło do pokoju, ani na sekundę na spuszczasz wzroku ze swojego jedzenia. Po prostu pięknie!

Pierwsze co robimy rano to spacer po plaży, albo lesie, jak kto woli. I ja zaczynam podskakiwać z zachwytu po pierwszym rzucie okiem! Pamiętam, jak dziś, jak uczyłam się o lasach namorzynowych, a ten jest na plaży!! Widzieliśmy coś podobnego już w Tajlandii, ale ta dzikość, która wisi tu w powietrzu jest jak magia. To szczególne miejsce, gdzie las deszczowy spotyka się z oceanem. Sama świadomość tego, że w tym lesie węże to normalka, a oceanie na tej wysokości są krokodyle była tak dziwnie ekscytująca. Chyba niewielu ludzi decyduje się jechać tak wysoko dla tego miejsca, bo turystów było naprawdę niewielu, a więc cała plaża dla nas.

34529376936_bb3ee1ba08_o

imgp6617_32233972993_o

imgp6646_32923066741_o

imgp6623_32922822411_o

imgp6701_32302932683_o

Cape Tribulation beach

imgp6629_32667327700_o

34440102361_15e3424683_o

Jeśli kiedykolwiek będziecie planować odwiedzić Australię, albo znacie kogoś kto tam się wybiera bardzo zachęcam, żeby nie porzucić tego miejsca w swoim planie. Nie minęliśmy żadnego autobusu (bo chyba nawet nie dałby rady tam przejechać) więc chyba najlepszą opcją dostać się tam samochodem z Cairns. Powyższej Cape Tribulation znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce – Cook Town, ale tam trzeba mieć już samochód 4×4 i więcej czasu na nieprzewidziane sytuacje. Tam zaczyna się ścisłe terytorium aborygeńskie więc dodałabym – zostawmy ich w spokoju.

Mimo, że nic tam się nie wydarzyło to chyba będzie jedno z ciekawszych i wyraźniejszych australijskich wspomnień.