Amsterdam, Holandia

Cellulit i mokre kolana

UPDATE: Ostatnio moje kolana są coraz częściej mokre więc wnioskuję, że naprawdę już czas, żeby opublikować ten w sumie pierwszy wpis jaki napisałam po wylądowaniu w Holandii. 

Stawiam pierwsze kroki w kraju, w którym nigdy nie byłam. Pomimo kompletnie zerowej wiedzy zdecydowaliśmy, że będzie to nasz dom na najbliższy czas. Pierwsze rzuty okiem i prawie wyskakuję z entuzjazmu z butów. Rowery zaparkowane na ulicy, pod oknami, na chodnikach tam i tu. Stoją swobodnie, jakby prosiły się o kradzież. Holandia wita nas mżawką i piwem.

Mijam parkingi okupowane rowerami tak ściśle, że niektóre z nich są piętowe. Tak, tak piętrowe stojaki na rowery. Z tej fascynacji szybko budzi mnie głośny dźwięk dzwonka, dając mi do zrozumienia, że stoję komuś na ścieżce. Bardzo szybko odkrywam, że to najgorszy kraj dla pieszych. Chyba nie ma drugiego takiego kraju na świecie, w którym poszanowanie dla pieszego jest tak małe. Chyba, że w Indiach, gdzie przejście na drugą stronę ulicy to życie na krawędzi. Chodnik dla pieszego stanowi 10% ścieżki dla rowerów i ciągle ktoś na ciebie trąbi albo podzwonkuje. Na każdym kroku musimy liczyć się z tym, że na spacerze będziemy szli gęsiego. Chyba nikt nie przewidział, że ludzie w tym kraju mogą iść na spacer.

Żyjemy z Ł. na krawędzi tylko przez kilka dni, bo zaraz sami kupujemy 3 rowery i stajemy się tym samym szalonymi cyklistami. Siedzenie na rowerze oznacza tu przywilej bezdyskusyjny. Nie ważne coś się dzieje na drodze, rowerzysta ma zawsze rację. Pierwszego dnia mamy chyba oboje trochę opory i czasem się zapominamy i stajemy na czerwonym świetle, ale idzie coraz lepiej. Zaczęliśmy oboje jeździć pod prąd, trąbić na pieszych i przejeżdżać skrzyżowania w dowolnym kierunku na czerwonym. (UPDATE: miesiąc później rowerzystka rąbnęła mnie, pieszego na zielonym świetle na przejściu dla pieszych i od tej pory znowu jeżdżę wolniej i ostrożniej). Wyjeżdżając z Australii byłam pewna, że do końca życia będę jeździć w kasku. Wystarczył miesiąc w Holandii i uważam, że hamulce są balastem, który spowalnia drogę do pracy.

Rower to nie sport, tylko środek transportu. Nikt to nie wychodzi na przejażdżkę, tylko żeby dojechać szybciej i taniej. Bilety do pracy kosztują nas obecnie ok. 30 zł za dzień więc argument jest dość mocny. Mimo to jestem pewna, że niewiele kobiet ma tutaj cellulit. Tak przynajmniej twierdzą moje zakwasy po pierwszym tygodniu jeżdżenia tu i tam. Dobrze przynajmniej, że jest tu całkiem płasko. Zatem teraz jeżdżę codziennie 14 km na rowerze, ale w mojej głowie nie uprawiałam sportu od wieków.

Holandia to zabawna pogoda. W Melbourne byliśmy przyzwyczajeni bo wszyscy nas uprzedzali o szalonej pogodzie. Ubranie na cebulkę to jedyne wyjście, jakie umożliwia przetrwanie w słonecznej gorącej pogodzie i wietrznym deszczu dwie minuty później. Od razu odkryliśmy, że sama kurtkę przeciwdeszczowa nie wystarcza z kilku powodów. Po pierwsze siedzonko po nocy masz mokre więc w tyłek zimno, po drugie moknie cała zawartość plecaka, po trzecie nieszczęsne kolana. UPDATE: każdy mądrzejszy człowiek wie, że mokre siodełko jest nie do zaakceptowania. W centrum rejestracji obcokrajowców jednym z gadżetów jest ochraniacz na siodełko. Jednym z popularniejszych gadżetów promocyjnych nie jest USB ale…ochraniacz na siodełko. Jeśli człowiek na nim nie siedzi to reklama i logo są widoczne zawsze jak nie siedzi na nim pupa.

Holendrzy są PRO od urodzenia, więc kobiety najczęściej jeżdżą z parasolem w ręce. Ta wersja jeszcze dla mnie za skomplikowana ale kupiłam sobie ogromną, plastykową pelerynę w czerwone kropki, która co prawda nie zasłania kolan, ale bardzo próbuje..

IMGP2867IMGP2502

mde
IMGP2984 copy