Koh Chang, Tajlandia

Co robić na Koh Chang

20150401_133518Wszystko to, co w każdym innym turystycznym mieście. Zażyć tajskiego masażu, który serdecznie polecamy, dobrze zjeść, obkupić się tandetnymi sukienkami i strojami kąpielowymi, a ponadto:

-> Popłynąć kajakiem na jedną z wysp jakie widzimy z plaży. Nie zdecydowaliśmy się na to po obejrzeniu ich zdjęć . Sama wyprawa kajakiem może być fajna, ale plaże po drugiej stronie to głównie kamienie, poza tym pogoda jest mało stabilna (dziś polewało co jakiś czas). Dodatkowo mam takie uczulenie na słońce, które wyśmiewa wapno, tabsy na alergię i powoduje problemy żołądkowe, więc podziękowaliśmy.

-> Ponurkować – podobno to mekka nurkowania, chociaż nie wiem gdzie  to przeczytałam, bo nie ma tu pięknych koralowców, a woda jest bardzo mętna.

-> Wypożyczyć rower i to na co ja miałam nadzieję, ale po zobaczeniu tutejszego ukształtowania terenu i opcji pedałowania tego w upale – opadła

-> Pojeździć na słoniu – my dalej czekamy na Chiang Mai, gdzie jedziemy jutro

-> Wypożyczyć skuter i właśnie w tą opcję poszliśmy. Przejechaliśmy wczoraj zachodnią jej część do południa, a dziś północną i prawie całą wschodnią. Zajęło nam to prawie cały dzień i warto było. Mijając port kończy się szalona turystyka rodem z Mielna i zaczyna bardziej prawdziwa, wyspiarska Tajlandia. Niewielki ruch na drodze, śmieszne tanie jedzenie (9 zł za dwa danie obiadowe i 2 półlitrowe cole) i biedny bałagan na podwórkach. Do tego bursztynowa plaża, plaża o białym piasku, kilka miejsc widokowych i molo.

20150401_142248 kopia

Amber Beach

20150401_133906 kopia

20150401_134102 kopia

Po drodze spotkaliśmy pasące się słonie i makaki, a razem z nimi znak przy drodze „Nie karmić małp”.

Miejsca z najlepszym jedzeniem to te, gdzie siedzi dużo Tajów. Dużo znaczy więcej niż 5, bo 5 to jeszcze liczba obsługi, która siedzi przy stoliku czekając na faranga. Ta, którą całkowicie uwielbiliśmy wyglądała tak:

20150401_205516 kopia

Całość pod blachą przypominała duży garaż, a w menu najlepszy kurczak z  orzechami nerkowca pod słońcem. Do tego sticky rice, który jest wynalazkiem, jaki muszę zawlec do Polski.

Z Tajskich ciekawostek to hazard jest tu zabroniony, nie ma kasyn, więc największą rozrywkę stanowi loteria. Kupony jak do lotto sprzedawane są na ulicy w ogromnych ilościach. Wszystkie numery mają znaczenie.

Właścicielka naszego hostelu w zasadzie na ulicy siedziała z Tajką, która szczebiotała o tym, co los gotuje dla tej pierwszej. Karty nie kłamią, więc przy piwie siedziały obie i sprawdzały jak potoczą się problemy z mężem, próbując przy tym namówić mnie do poznania przyszłości.

Zwycięstwa dnia dzisiejszego:

  1. Wieczorem wykrzykujący Ł. „Ha! Mamy w końcu swojego lizarda”. Jaszczur siedzi pod plastykową skrzynką, ale wierzymy, że w nocy pozjada nam trochę owadów, zanim one zjedzą nas.
  2. Wyglądamy jak 2 barany – ja spalone placki na udach, które były wystawione na słońce, a Ł. spalone ręce, którymi prowadził nasz wehikuł.
  3. Bezwypadkowo objechaliśmy całą wyspę.

Uwaga,seria zdjęć dla rodziców…bo mówią, że wrzucamy zdjęcia z neta, bo nas na nich nie ma 😛

b

DCIM100MEDIA

DCIM100MEDIA

20150401_180525 kopia

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *