Amsterdam, Holandia

Dymek konopny czyli hash, marihuana i hemp

Amsterdam jest jednym z tych miast którego sława turystyki marihuanowej prawie całkowicie przykrywa pozostałe jego aspekty. W języku holenderskim wszystkie pochodne konopii określane są słowem hennep i na terenie Holandii wykorzystywane były od setek lat. Samo palenie marihuany w celach, jakie znamy dziś zostało jednak przywiezione z zamorskich wypraw tego żeglarskiego narodu. Podobnie jak medytacja czy dieta wegetariańska, palenie marihuany stało są częścią kultury.

Nie dajcie się zmylić. Trzy wspomniane w tytule czarodziejskie słowa nie oznaczają tego samego. Marihuana jest częścią konopii indyjskiej (dokładniej żeńskiego kwiatu), który służy do upalenia się i “polecenia wysoko”. Nawiązuje się do niej jako zioła, bo jest to po prostu ususzona część rośliny niepoddana, żadnej dodatkowej obróbce. Hash jest wytwarzany ze skompresowanej żywicy konopii, natomiast Hemp wyrabia się w celach przemysłowych z pozostałych (nienarkotycznych) części konopii i nie jest przeznaczonych do “spożywania”.

Pierwszą część poświęcę pierwszej z wyżej wymienionych – marihuanie. W okolicy, w której mieszkamy zioło można kupić na każdym dużym skrzyżowaniu. CoffeShopy to bynajmniej nie są kawiarnie, ale sklepy do których można wejść tylko jeśli jest się pełnoletnim.

Chciałam napisać Wam ile dokładnie ich jest w Amsterdamie, ale źródła podają przedział  od 170 do 250. W okolicach Czerwonego Dystryktu mam wrażenie co 4-te drzwi to CoffieShop, w naszej okolicy (znacznie mniej turystycznej) między dwoma dużymi skrzyżowaniami jest ich pewnie 3-4.

Tak swoją drogą to prawdziwe kawiarnie mają tu przechlapane z nazewnictwem. Już samo posiadanie w nazwie Coffie jednoznacznie kojarzy się z marihuaną.

I teraz uwaga!

Marihuana w Holandii JEST NIELEGALNA…

..ale niekarana 😉

Tak tak nielegalna, mniej więcej na podobnym poziomie jak w Hiszpanii. Można ją palić w CoffeShopie (który nie może przechowywać więcej niż 500g), ale już na ulicy teoretycznie jest to nielegalne. Poza tym nie można posiadać więcej niż 5g. Całkowicie legalna (spożywanie, uprawianie, posiadanie) jest w Urugwaju.

No tak, ale teoria teorią, a życie swoje 😉 Jadąc rowerem w centrum Amsterdamu, co jakiś czas wjeżdża się w chmurę marihuanowych oparów. W drodze do pracy często jadę za kimś kto akurat puszcza dymka i wciąż mnie to bawi. To jest dla mnie taki znak absurdu, a tym samym jest to dla mnie objaw nonsensownej wolności, która sprawia, że ludzie po prostu chcą tu mieszkać. Nie muszę palić zioła, żeby czuć przyjemność z samego faktu, że mogę.

Palenie marihuany to w Amsterdamie to sport głównie dla turystów i uprawia go 20-30% wszystkich odwiedzających to miasto. W Amsterdamie jest kilka dużych nazw CoffieShopów – sieciówek, które wyrobiły sobie dobrą markę np.The Bulldog. Są też takie jak ten obok nas, które wyglądają jak speluny, na zapleczu których, kroją ludzi. Są w stylu aptecznym, gdzie przychodzisz i tylko opowiadasz jakie są twoje potrzeby i możliwości, po to żeby dostać dobraną dla ciebie mieszkankę, jak Boerejongens.

Boerejongens-Coffeeshop-Center-Counter-Ghost-1030x670
źródło: https://www.boerejongens.com

My wchodzimy dziś do CoffeShopu jak z wyobrażeń o Bobie Marleyu. Z daleka, nawet nie mogę znaleźć tego miejsca. Drzwi, a obok tylko jedno wąskie okno witryny, w którym siedzą ludzie na poduszkach. Otwieram drzwi i wita mnie gęsty dym mocnego marihuanowego stylu. Jest głośno, ludzie przy stolikach siedzą i rozmawiają, inni po prostu kontemplują własny mózg. Światło jest żółte przez co powietrze sprawia wrażenie jakbyśmy przez chwilę nie byli w Amsterdamie, tylko w jakimś słonecznym miejscu. Schodzę kilkach schodków w dół, żeby dojść do lady. Atmosfera i wygląd baru z piwem, tylko tu nie ma alkoholu. Nikt nawet nie zwraca na nas uwagi, mimo, że kompletnie tu nie pasujemy. Staję przed menu z wypisanymi nazwami i cenami za różne wagi i nic mi to nie mówi. Rozglądamy się chwilę i wychodzimy. Uwielbiam tu przychodzić. Traktuję to jak doświadczenie kulturowe, cieszę się ze świata Marleya.

Nie taki diabeł…

ale, ale tytuł postu pewnie już zasugerował Wam, że wpis nie będzie tylko o tym jak można być “na haju”. W ostatni weekend koleżanka M. zabrała mnie do muzeum o nazwie: Hash, Hemp i marihuana. Można w nim poczytać o tym, że oczywiście wielcy pisarze tego świata nie byli zawsze trzeźwi pisząc swoje dzieła, a lista znanych – palących jest na prawdę długa. Wśród “ćpunów” literatury wymienia się takich artystów jak: Hemingway, Alexander Dumas, Hugo, Bob Dylan. Dłuższa lista tutaj >

Muzeum do którego trafiłyśmy pokazuje nie tylko kto palił i jak uprawiać, ale też jakie są inne zastosowania dokładnie tej samej rośliny. Nie jestem zbytnim ekspertem w tej dziedzinie, więc kilka rzeczy mnie zaskoczyło. 

Roślina konopna to nie tylko żeńskie kwiaty, które mają działanie narkotyczne, ale też: ziarna (wysokobiałkowe, świetne do jogurtu albo do produkcji oleju) i korzenie (o działaniu antyseptycznym, świetne w leczeniu ran). Konopie w Stanach Zjednoczonych doczekały się comiesięcznej rubryki z przepisami, która pojawiała się od 1987 aż do 2012 roku. I w Polsce mamy zwolenników tej nietypowej kuchni. Jak można przeczytać na blogu Gosi: Nasiona z konopi zawierają 460% więcej nienasyconych kwasów tłuszczowych niż ryby, które są w najlepszych proporcjach dla ludzkiego organizmu.  Więcej o konopnej diecie można znaleźć na: Smilling spoon.

Na szczęście konopii nie trzeba zawsze spożywać, żeby korzystać z jej możliwości. Świetnie nadają się jako materiał przemysłowy. Konopie wykorzystywało się do produkcji lin okrętowych. Dziś wykorzystuje się je do produkcji ubrań (Patagonia ma w swojej ofercie ubrania z dodatkiem konopii), części samochodowych czy mebli. Producenci przekonują, że to jest zdecydowanie bardziej ekologiczna produkcja. Konopie rosną szybciej, mają bardziej wydaje włókna, nie potrzebują pestycydów ani za dużo wody. Samo dobro dla naszej planety.

20171202_150907 20171202_151743

Na koniec moje ulubione zastosowanie: kosmetyki.

Zajęło mi dość dużo czasu, żeby zorientować się, że kupuję konopne kremy… Drugiego dnia w Amsterdamie pani w sklepie organicznym poleciła mi krem o super zapachu. Faktycznie zapach pouwielbiałam od razu, ale jakoś nie mogło się to przebić przez moją polską głowę, że mogę w swojej łazience mieć kosmetyki z tej samej rośliny, którą w Polsce uważa się za narkotyk. Teraz widzę, że jestem lekko do tyłu w tym temacie, bo na Polskim rynku takie kosmetyki są w sklepach stacjonarnych w całej Polsce >

Swoją drogą, wiedzieliście, że mamy najsurowsze marihuanowe prawo na świecie?

W celach uzupełniających do tego wpisu obejrzałam dokument: Marihuana i mózg, który można trochę traktować z przymrużeniem oka ale cytat podsumowujący mnie rozbroił..: “Konopie (palona) w dużych dawkach mogą powodować uzależnienie psychiczne, ale fizycznego nie, Jak zniechęcać do narkotyku, którego skutki zdaniem naukowców są bez znaczenia?”

Pozdrawiam z Amsterdamu