Krabi, Tajlandia

Krabi Town i pierwsze robaki

Krabi Ao Nang BeachZ Chiang Mai przylecieliśmy samolotem do Krabi – Air Asia (cało na ziemi). W przeciwnym wypadku czekałby nas autobus 10 h do Bangkoku i 14 h autobus do Krabi. Tajowie teraz dużo podróżują, więc nie chcieliśmy ryzykować braku miejsc gdziekolwiek po drodze. Bilet w miarę tani, ale bez szału bo 300 zł to prawie połowa naszego biletu z Polski. Ważne, że w 2h, a nie 24.

Do Krabi wjeżdżamy pełni przekonania, że nic to ciekawego nie ma. A przecież trzeba pamiętać, że zawsze i wszędzie jest, trzeba tylko wypożyczyć skuter. Plaże położone 20 km od Krabi Town są na prawdę warte tych 20 zł wydanych na pojazd na cały dzień. Skuter to najlepszy wynalazek na ten klimat. Pomijając to, że nieświadomie wypalają się dziury na ramionach to jest chłodniej, można niestać w korkach, pod kaskiem przy polewaniu wodą się nie moknie, jest zdecydowanie taniej i można zatrzymać się na kilka zdjęć z podrodze.

Krabi TownDojechaliśmy tam kompletnie mokrzy przez Songkran, na temat którego pojawi się wpis jak tylko Ł. ogarnie się z filmikiem z tego wydarzenia. Plaże pełne są turystów, ale tych tajskich. Tajowie całymi rodzinami przyjechali do Krabi, aby świętować, uprawiać piknikarstwo na plaży i pobawić się z dziećmi.

Krabi Ao Nang Beach

Podstawowe plażowe różnice:

1. Setki ludzi i ani jednego stroju kąpielowego. Mężczyźni, kobiety i dzieci bez względu na wiek kąpią się w ubraniach.

2. To my byliśmy atrakcją turystyczną i ludzie robili sobie z nami zdjęcia. Uśmiechnięta kobieta, podsunięte dziecko niepewne czy go nie porwiemy, rozentuzjazmowany pan nie ważne – fotka z farangiem na Fejsbuka jest na wagę złota.

3. Rodzice z dziećmi na prawdę się bawią. Żadnych tabletów czy grzebiących w piachu samotnych dzieciaków tylko pełna radość z biegania z tatą.

4. Koce pełne jedzenia.

5. Zero psów.

Jak zawsze zaliczyliśmy nocny targ w Krabi, który w końcu przyniósł to na co czekałam, czyli robakowe szaleństwo.

Robaki w Krabi

Woreczek pyszności mieszanych, czyli pół na pół tłuściutkich i koników polnych – 2 zł. Pani po włożeniu spryskała czymś, co oni nazywają tu sos sojowy, a my – maggi.

Robakowe walory smakowe:

Tłuściutkie – dla mnie smakowały trochę jak fasola jak się już dobrze rozciamkało.

Koniki – Ł. odrywał nóżki twierdząc, że w tej formie nie weźmie od ust. Dla mnie z nóżkami czy bez to dalej konik tyle, że w maggi. Był tak usmażony, że prócz chrupania niewiele można było stwierdzić o smaku.

Tłuściutkie zdecydowanie smaczniejsze.

2 Comments

  1. Bjuty

    Ufff podziwiam za skonsumowanie robaków 😉 Ja to już jestem taką hipokrytką, że np krewetki uwielbiam, ale muszą być obrobione, bo nie zniosę jak jedzenie ma odnóża i na mnie patrzy 😛
    W ogóle tak patrzę na te setki fajowych zdjęć – naprawdę będziecie mieli pamiątkę na całe życie 😀

    Reply
    1. Paula Author

      Spróbowanie robaków to był totalny must. To tak jakby być w Australii i nie spróbować kangura, albo w Polsce mielonego 😉 Ja dlatego nie lubię owoców morza…bo trzeba je na bieżąco obierać 😛

      Reply

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *