Australia, Queensland

Las deszczowy na Mt Warning

Schodzimy.

Ł. zarządził powrót już po raz  trzeci, a ja ciągle się upieram, że musimy zobaczyć widok jeszcze z drugiej strony góry. Tak naprawdę to odwlekam zejście z góry jak mogę.

W drodze na szczyt dopadł mnie lęk. Taki lęk co mówi: Paula jak Boga kocham, jak tam wleziesz to tak się rozszaleje w twojej głowie, że utkniesz tam na noc. Więc słucham mojego lęku. Siadam przed krytycznym, dla mnie, miejscem i przekonuję Ł., że musi dokończyć dzieła i zobaczyć szczyt sam. Ja sobie tu posiedzę i poczekam. Ale tak siedzę i pertraktuję z lękiem.

Kurza twarz. Jesteśmy po dniu pracy na farmie, po kompletnym upale, weszliśmy już 85% góry. Został tylko ostatni odcinek po stromych kamieniach, ale są przecież łańcuchy. I właśnie mijają mnie Azjaci w adidasach, którzy schodzą z góry, a raczej spuszczają się na łańcuchu. Bujaj wory strach! Nadchodzę.

Więc teraz schodzimy. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na powalającą panoramę okolicy. Pod nami lasy deszczowe, zielone poletka, rzeka pokręcona. Jesteśmy w punkcie, który jako pierwszy w Australii jest oświetlony przez wschodzące słońce zimą (latem jest to inny punkt, którego teraz nie pamiętam). Ostatnie zdjęcie z brzydkim, australijskim dzikim indykiem (no on tu wlazł, a ja bym prawie zrezygnowała. Skandal) i już znowu jesteśmy na szlaku.

Najpierw skały, których tak się bałam. To był jednak pikuś. Strach w głowie dostaje minus dziesięć punktów za krzyczenie w nieodpowiednich momentach. Mimo, że na górze jeszcze był dzień, zaraz po wejściu do lasu robi się ciemno. Otaczają nas wielkie palmy, gigantyczne drzewa, których pni prawie nie widać, bo pokryły je inne rośliny wspinające się po trochę słońca, liany dyndają nad głowami. Dobrze, że zabraliśmy czołówki, bo mimo, że droga w dół jest generalnie łatwa, ze stopniami, to jednak lepiej widzieć wszystkie gady, które plączą się pod nogami.

Cały las krzyczy. Jest tam tak głośno, że trudno usłyszeć własne myśli. Drą się wniebogłosy cykady, papugi i dzikie indyki, kukabury dostały już ataku śmiechu, żaby krzyczą uciekając z naszej ścieżki. Wszystko zdaje się wydawać jakieś dźwięki. Tylko my nie. My idziemy w milczeniu, zmęczeni i skupieni. Po drodze mijamy kilka świecących grzybków, które w ciemności są jaśniejącymi punktami.

Mt Warning zdobyty.

IMGP5995

Bardzo jestem niedumna, że na niego weszliśmy. Chyba pierwszy raz nie poczytaliśmy wcześniej o miejscu do którego pojechaliśmy, bo w pośpiechu, bo przed zmrokiem. Mt Warning to nieczynny od 20 mln lat wulkan. Jest widowiskowy, bo mimo, że otoczony pagórkami dumnie góruje nad okolicą. Dlaczego niedumna? Bo to miejsce kultu aborygeńskiego, święte, na które pomimo szlaku, nie powinniśmy wchodzić. Nie wiedzieliśmy o tym, więc mam nadzieję, że duchy nam to wybaczą.

Spacer jaki zrobiliśmy to 9 km i jest estymowany na 5 godzin marszu. To jakaś wersja dla osób starszych albo młodszych na kolanach. Wbieganie na górę zajmuje ok. 1 godzinę, nam wyjście zajęło 1.5 h i zejście tyle samo. W ciągu dnia pewnie można dużo szybciej. Botanikowi w XIX było ciężej. On wchodził na Mt Warning przez 3 dni 😉

DCIM100MEDIA

Do zobaczenia w okolicy:

Nimbuk – wioska hippisów z zapachem marihuany w powietrzu

Świecące robaki – są 2 miejsca, w których można je zobaczyć. Jedno z nich jest turystyczne, ale ma wokół siebie też ciekawe szlaki (w  tym nie byliśmy), a drugie bardzo odosobnione, trzeba iść nieczynnymi torami w krzakach ok. 40 min, ale tam był cudownie.

IMGP5827 (2)

Byron Bay – jedno z bardziej popularnych miejsc w Australii. Miłe miasteczko z fajną wieczorną, pub-ową atmosferą  i piękną plażą, warunkami idealnymi do surfowania. My cieszyliśmy się, z bycia na najdalej wysuniętym na wschód punkcie Australii.

IMGP5650 IMGP5636