Australia, Terytorium Północne

Łowienie kroksów

Jedną z największych atrakcji Północnego Terytorium są jej długie, szerokie i szare rzeki, a wraz z nimi przyjemniaczki krokodyle. I nie mam tu bynajmniej na myśli krokodyli w zoo albo w muzeum jak ten w Darwin, ale prawdziwe, dzikie stworzenia, które raz do roku pożerają nieodpowiedzialnego turystę albo (jak w tym roku) turystkę, którzy postanowili zignorować ostrzeżenia o zakazie kąpania. Chciałoby się wtedy ironicznie powiedzieć „Nie, ten znak to nie żart”. Mimo wszystko chcieliśmy zobaczyć te niesamowite zwierzęta, które są tak znane w okolicznych sadzawkach.

Zdarzyło się to w trakcie naszej wycieczki przez środek Australii. Trasę z Darwin do Melbourne będę jeszcze drążyć bo obfituje w wiele niesamowitości, które warto opisać.

Z wiadomych względów nie zdecydowaliśmy się na samodzielne szukanie kroksów (bo inaczej się tu o krokodylach nie mówi jak tylko crocs), ale zorganizowane. Z jednej strony kłóci się to z moim poczuciem dobrej podróży i smakowania otoczenia takim jakie ono jest, z drugiej nie ma co ryzykować. Większość stacji, która organizuje takie „wycieczki” znajduje się na Adelaide River. Naiwnie myśleliśmy, że z Parku Litchfield (do którego jeszcze wrócę), gdzieś blisko sobie podjedziemy. Niestety wiązało się to z wracaniem w stronę Darwin około 100 km, ale zgodnie stwierdziliśmy, że bez tego doświadczenia stąd nie odjedziemy.

Już same znaki o obecności krokodyli przy przydrożnych bajorkach budziły w nas emocje, już nie mówiąc co może się dziać przy bliskim spotkaniu na jakie mieliśmy nadzieję. Najpopularniejszym oglądaniem krokodyli jest Jumping Corcs czyli nic innego jak karmienie ich surowym mięsem. Wygląda to trochę jak łowienie krokodyla na wędkę, która nie ma z tym zderzeniem żadnych szans i zawsze oddaje przynętę. Dojeżdżamy na miejsce 5 min przed prawie ostatnim karmieniem o 14. Przyjemność kosztuje 50$ od osoby i trwa godzinę.

Już sama rzeka robi ogromne wrażenie, jest szara, gęsta i szeroka. Wygląda trochę jak zupa, do której jeśli wejdziesz sam staniesz się obiadem. Wsiadamy na niską łódź a z nami ok. 30 osób, wszyscy tak samo podekscytowani i już od pierwszego posiedzenia pośladków zaczynamy się rozglądać za potworami. Na początek dawka żarcików o naszych kamizelkach ratunkowych, bo są, ale czerwone, a krokodyle najbardziej reagują na jaskrawe kolory, więc pani siedząca przede mną w oczo*bijącej róż bluzeczce będzie dziś prowadzić jako starter. Patrzę na swoją malinową sukienkę i też nie zapowiada się dobrze, ale pan zapewnia że trzeba po prostu płynąć szybciej niż osoba siedząca obok, a ja wiem jak szybko Ł pływa 😉 . No dobra, ale dość tych żartów i czas zobaczyć prawdziwe mięso. Pan zakłada pierwszy kawałek surowizny, ale zanim on kończy, już słuchać pierwsze piski co oznacza że już zaczęliśmy szoł.

imgp1100

imgp1098

Nasz przewodnik chlupie chwilę wędką w wodzie jakby na prawdę łowił ryby i już ma pierwszego, później kolejnego i tak w kilku miejscach brązowej zupy. Największy jakiego widzimy to leniwy samiec o długości 5.5m, który nie chciał dla nas skakać, ale nikt nie ośmielał mu zwracać uwagi. Krokodyle robią na prawdę niesamowite wrażenie, ogromne, oślizgłe oczka skaczące w odległości dosłownie ręki od nas. Ponoć na całej długości rzeki jest ich nawet 7000, ale raczej nikt nie policzył więc ciężko wierzyć.

imgp1126

Na koniec równie miły akcent – karmienie jastrzębi, które całkiem oszalały, pojawiły się wokół nas w kilka sekund, żeby złapać jak najwięcej.

Wracamy wszyscy ukontentowani, że widzieli i że w jednym kawałku, wszystko poszło zgodnie z planem. Ależ te krokodyle pewnie i tak nikogo by nie zjadły jak są tak karmione 6 razy dziennie i jeszcze im za to klaszczą i robią zdjęcia.

imgp1136

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *