Morze rowerem, Polska

Morze rowerem

Podczas pisania nazwy tego dokumentu mi się omsknęło i napisałam „Marze rowerem” taki poprawny błąd świadomości. „Morze rowerem?” – marzyłam od roku i wreszcie:

(przedstawicielki ładniejsze tej wyprawy:)

Ja – P (vel Ogon), A (vel Szafunia), A/J (vel Foczka)

(i tej silniejszej płci:) Ł (vel Caruso), K (vel Kamil),

zebraliśmy się żeby to zrobić.

Status projektu: uncompleted.

Przejechana trasa:

Świnoujście – Łeba – 386 km (tyle po prawej pokazuje wam licznik Niuni – pojazd A).

W zasadzie cała oznaczona R10 czyli Międzynarodowy szlak rowerowy wokół Bałtyku.

Kilka uwag na początek. Jeśli wybierasz się w drogę morze rowerem to zabierz:

  • Gacie z pieluchą (albo zapasowy tyłek, bo twój nie będzie Ci służył już po pierwszym dniu, podobno męskie mają gorzej, nie wiem, damski cierpiał 1 dzień, męski ponoć 3),
  • Dentkę bo trafiają się sieroty, co rozjeżdżają to i owo,
  • Czapkę (nie ważne, że maj, nad Bałtykiem to grudzień) i rękawiczki,
  • Termos (herbata z cukrem ratuje życie),
  • Mapy (lub Szafkę, która umiej je obsługiwać),
  • Kaski,
  • Odrobinę nieufności bo w porcie też ktoś może gwizdnąć Ci telefon,
  • Buty lekkie ale niekoniecznie przemakalne (a nuż trafi się podmokły torf do przejścia),
  • ZAWSZE jak szukasz noclegu zabieraj na negocjacje cenowe kask, rękawiczki i rower. Z tym zestawem cena jest o 30% niższa, a ludzie 30% bardziej uprzejmi.

No to jedziemy!

Dzień 1 Świnoujście – Pobierowo: Jest moc

Ja, A i Ł jedziemy z rowerami o 22 z Warszawy Centralnej do Świnoujścia. Bilety mogą być tylko siedzące dokładnie za szybką, przez którą widać nasze rumaki (póki co mają równy status).

Docieramy o 9 rano, „Słoooońce świeci nad nami rozgrzewa nasze nagie..”, więc chwila pokręcenia się dla zasady – dopompowywanie kółek, siedzonka, sikanko i jest plotka, że najładniejsze plaże po drugiej stronie więc płyniemy promem, gubimy się parę razy, pierwszy raz zderzamy z piachem ale jest ładnie i pusto, a do tego wiatrak taki niepolski.

Łapiemy wiatr w szprychy i jazda. Przez miasta przejeżdżamy szybko i z niechęcią bo przecież ścieżki w lesie ciągną bardziej. Latarniany szlak już tu się zaczyna i w rezultacie zaliczamy większość latarni. Jakkolwiek ich zaliczanie nie brzmi źle…W Międzyzdrojach chwila na domek do góry nogami, podjeżdżamy pod żubry, do których w końcu nie wchodzimy bo przecież można jakiego spotkać po drodze. Przez 80 km nie ma żadnego, ja już stękam ze zmęczenia, więc dobijamy do Pobierowa, gdzie za 21 zł śpimy w ośrodku młodzieżowym.

Pierwsze piwo na plaży, skakane zdjęcia i zachód przypomina, dlaczego warto tu jechać. Pobierowo generalnie rządzi i porównując z innymi miejscami zdecydowanie wspominamy najprzyjemniej.

 

Dzień 2 Pobierowo – Ustronie Morskie: Rzepak świata rośnie nad morzem.

Po tym pierwszym dniu budzę się z płaczem, bólem kolan i ud. Ketonal rusza do akcji, kolana ratuje A swoimi magicznymi tapami. Mówię „nie jadę” i ryczę dalej. No jak można mieć takie marzenie bez sensu i paść po 1 dniu! A i Ł się nie poddają więc robię ja ten swój ogon i jedziemy dalej.

Najpiękniejszy widok jest w Trzesaczu, gdzie zatrzymujemy się na kawę i gofry.

W okolicach Mrzeżyna jest teren wojskowy, który pierwotnie mieliśmy okrążać, na szczęście okazuje się, że jest przejezdny dla rowerów. Przejezdny, co nie znaczy miły. Ścieżka rowerowa to jest, ale tylko dlatego, że na kocich bach biegnących przez las, ktoś namalował rowerek (ten ktoś na pewno nie jechał tej trasy). Taras widokowy w połowie rekompensuje obity tyłek. Ja stękam dalej na kolana. Wyjeżdżając z lasu w Mrzeżynie po lewej stronie przed skrzyżowaniem jest wędzarnia. Taka prawdziwa najprawdziwsza, więc wciągamy dorsza w porach (nie w sztruksach), zaopatrujemy się w wędzone rybki na kolację i jazda dalej bo cel to Kołobrzeg. Tam kolejne skakane z latarnią…

Ścieżka jest tak dobra od Kołobrzegu, bo unijna, między drzewami, niby las, a ścieżka jak w mieście. Czasem między drzewami przebija się morze, Szalejemy i jedziemy dalej. Niezrozumienie A w Kołobrzegu:

Ja (wciąż stękając): no wiesz te mięśnie, które tak pracują to prostowniki

A: nie, chyba zginacze

Ja: nie no ale wiesz, no bo co Cię boli? mnie najbardziej czworogłowy uda

A: ale mnie nic nie boli…

Ja: <śmiech przez łzy> 😛

Nocleg w Ustroniu Morskim miły, za 40 zł z plazmą. Ogoniłam cały dzień i znowu zmęczona, ale kolana zmartwychwstają.

Dzień 3 Ustronie Morskie – Darłówko: Wiater i przekleństwa.

Dociera do nas samochodem K i J., oni niewyspani, my lekko zmęczeni, ruszamy w drogę. Jest taki wiatr, że jedziemy albo w peletonie, który szybko się rozpada bo Ogon robi swoje, albo każdy sobie i zmęczenie jest 3 razy większe. Dzień pełen dramatów bo to wiat i się nie chce, bo zimno (8 stopni) i się nie chce, ja umieram, w końcu chyba siłą umysłu rozwalam, pierwszą i na szczęście jedyną na tym wyjeździe, dentkę. Po drodze mijamy bunkry, których ja i Ł nie oglądamy tylko jedziemy dalej. A, J i K byli widzie, zdjęcia pokazali. W Darłówku szybko załatwiamy zachód słońca i kolejny klops, bo A ginie telefon. Już nic nie może uratować tego dnia… Zostaje już tylko grzane wino i nadzieja, że jutro będzie lepiej.

Dzień 4 Darłówko – Rowy: Wielka przemiana

DSC00298

I jest! Mamy miłą ścieżkę, zaraz obok morza więc w końcu żaden las i piach nie zasłania tego po co przyjechaliśmy. Duża cześć trasy biegnie teraz ulicami więc nie można powiedzieć, że jest uroczo, ale żółte morze rzepaku po obu stronach drogi też daje radę. I dalej wieje… Na znak protestu chłopcu olewają wiatraki, które rosną tutaj wszędzie jak grzyby po deszczu, jak się przekonaliśmy, nie bez powodu.

DSC00297

Jak w każdej dobrej bajce brzydkie kaczątko zmienia się w łabędzie, a dynia w karocę tak dziś moja Czerwona Strzała, z którą byłam Ogonem przemienia się z pomocą K, w Czarnego Rumaka. (czyt. W akcie desperacji przy jeździe pod górkę i wietrze prosto w twarz zsiadłam i targam Strzałę pod górę, K się ulitował i zamienił się ze mną rowerami).

Doświadczenie nieziemskie! Nie jestem Ogonem! Jestem Czołem! 😛 Dobrze jechać na taką wycieczkę z dżentelmenami, którzy nie pozwolili mi więcej wsiąść na strzałę i sami zmieniali się na niej co kilka kilometrów. Teraz to nie ja klęłam.

W Rowach zachód jak marzenie i miły pokój z wrzątkiem pod prysznicem. (ludzki napis Rowy :P)

DSC00476
Dzień 5 Rowy – Łeba: Trofik driftem

Niestety już wiemy, że braknie nam 1 dnia, że wykończyć morze do Gdyni więc mamy plan dobujać się tylko do Łeby. Tylko okazuje się AŻ. Najpierw jednak śniadanie w lesie nad jeziorem. W Czołpinie zdecydowanie warto zboczyć 1 km z trasy, żeby wejść na latarnię gdzie UWAGA! są światła czy można wejść na górę czy nie, czego dzielnie strzeże pani pobierająca u góry opłaty pytając kolejnych wchodzących „Czy kolory pan odróżnia?”.

Widok w góry bomba: lasy, morze, gdzieniegdzie tony piachu zwiastujące wydmy.

Zaczyna się Słowiński Park Narodowy, który zapewnił nam dużo atrakcji. Głównie w postaci ton piachu. Dzięki czemu każdy z nas do perfekcji opanował drift po piachu. Zaliczyłam 2 spektakularne wywrotki. W Klukach zatrzymujemy się na dłuższą chwilę na jakie obchody wsi, czy innych tradycyjnych gadżetów. Są tańce ludowe, pokaz wydobywania torfu, pieczenia chleba itp.

DSC00605

DSC00608

Jest 16, a przed nami 20 km do Łeby. Teoretycznie. Bo tu zaczynają się schody… a raczej torfik. Nasz szlak jest oznaczony jako niedostępny bo podmokły, ale nie mamy za bardzo innego wyjścia, więc jazda. Przez dłużysz odcinek (który pewnie był jakimś śmiesznym tylko kilometrem) prowadzimy rowery, później znowu tylko piach.

Gubimy się trochę bo okazuje się, że mapa A i szlak nie do końca się pokrywają. Do ratunku dołącza Ł z GPS i w ten sposób mądre głowy mapowe wyprowadzają nas w końcu na asfaltówkę do Łeby. W Łebie do spania cokolwiek, a udaje się całkiem klawo, bo pokoje gorące i tanie. Tym razem wszyscy padnięci. Pierwszy wieczór bez zachodu nad morzem.

Dzień 6 Łeba – Warszawa: Dorosłość i wielka piaskownica

Dziś pobudka o 6:30. Szał, ale o 8:00 już jesteśmy w drodze na wydmy, które są 8.5 km od portu i naszego noclegu. Ta wielka piaskownica zdecydowanie nas przerasta i naszą kreatywność. Każdy z nas odkrywa, dlaczego dzieci lubią piach. Każdy wymyśla coś dla siebie. Kończy się na turlaniu z wydmy w śpiworach, bujaniu na linach, zdjęciach pt. „Jest gorąco” i odkrywaniu w sobie zwierzęcych instynktów.

DSC00687

Ostatecznie mamy na powrót, spakowanie się i dostanie na dworzec 50 min. My (girls) jedziemy busem z Łeby do Lęborka, pociągiem do Gdyni, bo z Gdyni mamy kupione bilety do Warszawy. Chłopcy w tym czasie wracają po samochód, który został w Ustroniu Morskim, później do Łeby po rowery (wszystkie tam czekają) i do Warszawy. Cała droga zajmuje im ponad 12h i jest ciężkim doświadczeniem logistycznym.

Powrót do miasta po 380 km roweru i oglądania głównie lasów i morza to ciężkie doświadczenie…

Wybierając się na podobną wyprawe trzeba pamietać o kilku szczegółach. Nie trzeba się bać. Gdyby nie Czerwona Strzała pewnie dojechalibyśmy do końca co oznacza 80 – 90km dziennie.

DSC00645

Kosztowy wyjazd taki może równać się wyjazdowi za granicę więc jeśli chcesz mieć tanie 5 dni zostań w ogródku na działce. Co prawda noclegi poza sezonem sa tanie, bo średnio wyszły nas 35 zł za noc, ale drugie tyle spokonie zjesz na obiad. Transport pociąg z rowerami w 1 stronę to koszt ok. 70 zł. Najśmieszniejsze były w tym ceny gofrów bo wachały się między 8,50, a 15,50 (bita z owocami) w zależności od miasteczka.

Zdecydowanie polacemy maj na taką wyprawę. Nie jest gorąco, niewielu turystów, owady w lasach nie poszalały na dobre, a przygrzewało na tyle, że K dalej chodzi ogorzały, jakby leżał w solarium.

Na koniec Ł i A pokażą wam jak jechaliśmy, wbrew odgłosom nie ciuchcią, tylko rowerami! 😉

                                                                             

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *