Polska

Pieniny – perełki południa

Czuję się jak Makłowicz – powiedział Ł. mieszając wczorajszą kiełbaskę z cebulką i oscypkiem.

Siedzi sobie na ławce obok Dunajca, a Dunajec stoi obok naszego namiotu (albo odwrotnie), ten z kolei obok samochodu pożyczonego od taty. Taaaaak to jest luksus podróży poślubnej. Nic nie trzeba, a wszystko można. I te posiłki na świeżym powietrzu gotowane i szybko zjadane, żeby nie wystygły należą do tego luksusu. Wczoraj w tym samym rondlu na małym palniku turystycznym robiliśmy ryż z jabłkami, bo już zaczął się podpsuwać.

Nie będę was przekonywać, że Polska jest piękna, bo jeśli jesteście z nami na Facebooku to pewnie już zauważyliście nasz zachwyt, ale Pieniny zasługują na podkreślenie ich tutaj. Jedziemy od Bieszczad do Karpat i póki co widoki w Pieninach ogladane z tłumem wycieczek szkolnych wygrywają, pomimo obecności tych ostatnich.

Po śniadaniu, złożonym z co-trzeba-było-zjeść, bo inaczej się zepsuje w naszej dmuchanej, turystycznej lodówce, ruszamy na szlak. W planie zazwyczaj mamy takie sześciogodzinne. Dlaczego? Są na tyle krótkie, że Ł. się wysypia, a na tyle długie, że ja mam dość na kolejny dzień. Więc i z tego pola namiotowego w Krościenku wychodzimy z takim założeniem. Na początek Trzy Korony, jeden z najbardziej znanych szczytów i dobrze oznaczony. Wchodzenie na niego to żadna magia Świąt, tylko atrakcja turystyczna. Bilecik do kupienia przed wejściem na metalowy podest na szczyt. Przed nami, do platformy widokowej, kolejka 40 osób, z góry schodzi poprzednia wycieczka szkolna.

I już słyszę  pojękiwania Ł. że turystyka, że klimatu nie ma,  że blablabla, bo w końcu wchodzimy na tą diabelna platformę, żeby przed minutę napawać się Tym widokiem. I już nikt nie narzeka i całkiem nam się  podoba. Czas mamy dobry, humor lepszy od panoramicznej panoramy na wszystkie góry, więc idziemy na kolejny szczyt.

Gubimy przy tym nasze polskie wycieczki, zbieramy za to czeskie. Wejście na Sokolicę nie jest (podobnie jak na Trzy Korony) wymagające, ale obfitujące. Na szczycie jest mało miejsca, ale wciskamy się, żeby podziwiać.

Dobrze, że na Tatrach leży trochę chmur i mgły, dzięki czemu nie zostaję tam na wieki wgapiona w ten powalający widok. Pod naszymi stopami płyną tratwy po Dunajcu, na brzegu skały wisi wczepiona ostatkiem sił sosna. A sosny są tu legendarne, bo 550-letnie nazywane reliktowymi.

 Wracamy. Cała wycieczka zajęła nam ok. 5h więc mamy jeszcze czas na świeżego oscypka i zimne piwo. W drodze do namiotu spotykamy bacę z 3 owcami i kilkoma kozami, który po krótkiej rozmowie zaczyna recytować nam lokalny wiersz i śpiewać Pienińską zapraszankę do regionu.

Rzeczone pole namiotowe jest niedaleko mostu w Krościenku nad Dunajcem. Kosztuje 7.5 zł od osoby ale pan mówiąc cenę dodał „jak dla was”, więc nie wiem czy to oficjalna cena 😉

Idealne miejsce na wypad w górki. Każde. Jak to powiedział nam tu lokalny pan, nie ma co się stąd ruszać. Pani, stoimy w Beskidzie Sądeckim, tam po drugiej stronie Dunajca już Gorce, a po drugiej stronie kościoła Pieniny.

Wszystko w kupie.