Australia, Gippsland, Wiktoria

Muchy w nosie i zapomniany róg Australii | Jedziemy do Gippsland

Gippsland to jedno z tych miejsc na świecie, które są daleko od wszystkiego i nigdy nie wiesz po co właściwie tam jedziesz. Przygotowując się jednak do naszej ostatniej prostej (po przejechaniu zachodniego wybrzeża Australii i przez jej środek) wschodniego wybrzeża, postanowiliśmy tam zajrzeć. Pakujemy Żabę po dach i zabieramy polskich ziomków na rozdziewiczanie południowo-wschodniego kąta Australii. Droga zajmuje nam 7 godzin w jedną stronę. Rzut beretem.

Co zobaczyć w Gippsland?

Plaża w Mallacoota

600 km od Melbourne rozbijamy nasz pierwszy namiot na darmowym kempingu – Genoa camping ground.
Na płatny, luksusy z łazienką i prysznicem, nie ma co liczyć. Prawdziwi Ozzi spakowali swoje wielkie przyczepy już tydzień temu i oblegają każdy możliwy kemping, więc nie ma co się pchać. I dobrze. Bo my mamy prysznic w rzece po łydki i prywatną Goanę, która przechadza się między namiotami szukając kogoś tłuściutkiego do schrupania. Z nami jest kilka innych samochodów, które zmieniają się codziennie.

imgp4039

imgp4041

Jesteśmy w samym rogu stanu Wiktoria, jedziemy więc na ostatnią plażę, która jest piękna, szeroka, pełna serferów i…rekinów. Tak przynajmniej mówi tablica przed plażą.

Okolica jest wyjątkowo spokojna i pusta. W czasie Świąt chyba żaden Ozzi nie śpi w domu. Dzieci mają miesiąc wakacji, firmy zamknięte na cztery spusty. To najgorszy czas na szukanie pracy, zakupy i problemy. Kolega, który miał wypadek, nie mógł dodzwonić się do ubezpieczalni, bo do połowy stycznia nikt nie pracuje. Mam nadzieję, że chociaż pogotowie działa…

imgp4051

imgp4054

imgp4053

  Genoa Peak

Do wszystkich miejsc w jakich byliśmy i jakie tylko były ładne, dotaczaliśmy się po szutrowej drodze, więc jeśli wybierasz się, żeby je zobaczyć lepiej pokusić się na wyższy samochód i nie stresować się później dziurami. Taki też był dojazd do szczytu Genoa.
Dnia bożego 29 stycznia sześcioro Polaków w rekordowym czasie, mimo niebezpieczeństw ze strony czarnych jaszczurek (black rock skink), których spotkali przynajmniej 10 na ścieżce zdobyło szczyt Genoa – 490 m n.p.m. Na górze czekała na nas platforma dokładnie na 6 ciał i 2 aparaty. Widok 360 stopni, jak na 25 minut marszu zdecydowanie wystarczający…tylko gdyby nie ta wiktoriańska pogoda.

Jest środek lata w Australii. My w bluzach i kurtkach, wiec widok 360 zamglony czy zaparowany, ale najpewniej zachmurzony.

IMGP4072

IMGP4091

Pearl Point i delfiny

Do Pearl Point jedziemy 20 km w busz. Ostatni kibel mijamy w małej wiosce turystycznej, która też ma bar i jezioro. Wciskamy na siłę nasze 3 namioty, które ledwo mieszczę się między ogromnym namiotem i wielkim pojazdem pana obok. Pewnie nie są zadowoleni, że na ich sznurkach od prania wieszamy plandekę od deszczu, i traktują nas jak atrakcję turystyczną. Przyjechały dzieciaki do buszu z flamingiem, dragonem i nawet nie potrafią w deszczu rozpalić ogniska. Nas za to bawi, że wielka mama pierdzi i beka tak głośno, że pewnie zagłuszyłaby najgłośniejsze fale z oceanu.

A fale są tu wielkie, trzeba przyznać ma ocean rozmach w landzie Gippsa. Wychodzimy na plażę i okrzyk łał wszystkim ciśnie się do gardła. Plaża jest tak długa, że nie widać końca i tak pusta że nie widać…nikogo. Razem z K. pompujemy przez godzinę nasze wodne zwierzaki po to by wyjść z wody po 10 minutach. Prąd jest tak silny, że stojąc na brzegu po kostki jesteśmy dosłownie zmiatane przez fale do oceanu. Walka, a nie relaks. Na plaży też walka, bo much jest tyle, że gdyby nie siatki to zjadłyby nam oczy. Ale jest wesoło. Nawet jak ulewa wymywa ziemię spod namiotu. O 5 rano można złowić super rybę na obiad co udało się T. albo zobaczyć delfiny, co udało się K. Świat jest niesprawiedliwy, bo oczywiście jak wszyscy wstaliśmy następnego dnia to padało i delfiny miały wyskakiwanie z wody w butelkowych nosach.

imgp4100-2

imgp4107

beznazwy_panorama1-2

Pettman Beach

W ostatnim miejscu gdzie spędzamy Sylwestra wszyscy są szczęśliwymi obserwatorami delfinów płynących bardzo blisko plaży.

To miejsce, już zaraz obok legendarnego Lake Entrance rozpieszcza nas najbardziej. Jest co prawda tylko toaleta, ale nie ma much! Plaża jest cudowna. Do Pettman beach jedziemy 12 km przez las znowu bez gwarancji na wolne miejsce na nasze namioty. Można tu zobaczyć wombaty, albo (jak na każdym naszym kempingu) goanę długości Ł.

Najpopularniejszym miejscem w tej okolicy jest wciąż Lake Entrance. Wielkie jeziora oddzielone są od oceanu paskiem lądu. Woda jest tu płytka i bezpieczna wiec idealna dla rodzin z dziećmi, tych co lubią tłok, Mielno, cywilizację, popływanie na łódce, kajaku i wędkowanie. Wpadamy tam tylko na dzień na łódkę- pierdzioszkę na której smród benzyny i warkot silnika skutecznie uniemożliwia docenianie natury.

Taki to Świąteczny czas. Co prawda nie było świątecznej atmosfery, ale setki muszelek na plaży. Też dobry koniec roku :)

imgp4120

20161231_203038

Dla tych bardziej wnikliwych:

Co warto zabrać ze sobą na darmowy, wielodniowy kemping w Australii?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *