Australia, Prywatnie ludzkie

Szoki po powrocie czyli rzeczywistość 2.0

Pierwsze pytanie, jakie każdy zadaje mi po powrocie do Polski jest jedną z kombinacji poniższego:

Jak się odnajdujemy?

Jak nasz szok kulturowy?

Jak nasz szok pogodowy?

Jak sobie radzimy w polskiej rzeczywistości?

Pomyślałam, że odpowiem szerzej, bo mnie pewnie też by ten temat interesował.

Zanim wylądowaliśmy w Warszawie po naszej 2-letniej nieobecności w Polsce wiele razy wyobrażałam sobie, jak to będzie. Obrazowałam sobie miejsca, ludzi, czasem całe sytuacje, przypominając sobie, jak to jest być tu. Wydawało mi się, że jestem na wszystko gotowa i nic nas nie zaskoczy, bo w końcu czym są 2 lata w porównaniu do prawie 30-tu jakie spędziliśmy w Polsce. Mimo to było kilka rzeczy, o których będę chyba wspominać jako zaskoczenie. Są to rzeczy drobne, być może nieistotne, ale widoczne po przyzwyczajeniu się do czegoś innego.

Pogodowy szok urojony

Prostując na początek kilka rzeczy. Nie, nie dosięgnął nas szok pogodowy. Dość fortunnie wybraliśmy termin powrotu na koniec marca, kiedy to w Nowej Zelandii, (gdzie byliśmy przez ostatni miesiąc) jest koniec lata, a w Polsce zaczyna się wiosna. Większego szoku doznaliśmy przenosząc się z północy Australii na południową wyspę Nowej Zelandii, niż lecąc na drugi koniec świata do domu. Jasne, była trochę bardziej potrzebna kurtka, ale 10 stopni tu, do 18 stopni tam  (w NZ) to za mało, by mówić o jakiś ciężkich szokach.

Poza tym już zaraz wiosna zaatakuje nas na dobre.

Nie wiem czy to jest taka propaganda, że ludzie poza granicami naszego kraju myślą, że białe niedźwiedzie biegają po ulicach, a w granicach zaczynają w to wierzyć. W Australii też można zmarznąć, też jest śnieg, zima też jest upierdliwa. W Melbourne było nam zimno przez 8 miesięcy, chyba, że ktoś lubi mieć w domu 15 stopni. Nie ważne, szoku klimatycznego nie było.

Zapomniane zwroty

Szok kulturowy trochę jest, ale taki w granicach rozsądku. Są rzeczy na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi, a teraz są jakieś nienaturalne.

Pierwszymi osobami, które ściągnęły nas na ziemię byli urzędnicy sprawdzający paszporty na lotnisku. Nigdy nie zrozumiem jak można być tak gburowatym, nieprzyjemnym i nieludzkim. Chyba nikt im jeszcze nie powiedział, że za bycie miłym nigdzie nie dopłacają, więc odpowiedzenie na „Dzień dobry” i „Dziękuję” by im nie zaszkodziło. Pomijając fakt, że fajne przyjęcie na lotnisku od razu wydziela jakąś energię, którą trzyma się po jego wyjściu.

Paniom w sklepach też nikt nie dopłaca do bycia miłym. Im, możecie powiedzieć, wolno być gburowatym, bo może wolałyby lepiej zarabiać, może ustawiają te pudełka z kawą na półkach i są szczerze nieszczęśliwe. Poza tym chyba większym wysiłkiem byłoby dla mnie bycie chamem, jak ktoś jest dla mnie miłym, niż odpowiedzenie tym samym co dostaje.

No worries mate z intencją

Moja najciekawsza obserwacja, i na tym chyba skupię się najdłużej, bo mnie samą to zaskoczyło, jest intencjonalność. Cokolwiek w Polsce nie powiem będzie analizowane, poddane rozkładowi i dokładnie zbadane. A co miałam na myśli, a dlaczego tak a nie inaczej, a jakim tonem, itd. Jest to kompletnym przeciwieństwem podejścia australijskiego.

Pierwszą cechą Australijczyków (wg nich ale też wg wszystkich pozostałych narodów jakie znają jakiegokolwiek ozika) jest wyluzowanie. Na niektórych forach przed wyjazdem czytaliśmy, że oni są tak wyluzowani, że aż jest to wkurzające. Powiedzenie no worries czyli dosłownie bez zmartwień, pada z ich ust pewnie milion razy dziennie. Trudno znaleźć taką sprawę w toku codziennych zajęć, która może cię zmartwić. No worries jest odpowiedzią uniwersalną i oznacza również: nie ma sprawy, nie przejmuj się, wszystko w porządku, na razie. I to się udziela. Dzięki takiemu podejściu, jest niewiele rzeczy, które wytrącają cię z równowagi, bo zazwyczaj jest w porządku. Można też beztrosko mówić, co przyjdzie ci do głowy. Nie musisz analizować, jak to zostanie odebrane, bo poprawność polityczna i chęć zachowania spokoju zwyciężą nad gorszą atmosferą wynikającą z nieporozumienia. Ludzie prędzej powiedzą ci, że nic się nie stało, bo przecież możesz się pomylić albo źle wysłowić, niż założą, że masz złą intencję. Bo niby dlaczego chciałbyś zrobić coś na złość.

W Polsce trzeba uważać co się robi, co się mówi i z kim, a z kim nie bo zaraz ktoś się obrazi, albo coś nie wypada. I muszę przyznać, że ta moja obserwacja dużo mnie uczy, a tym samym komplikuje życie. W kwestii intencjonalności zrobiłam się australijska i mam nadzieję, taka pozostanę. To daje więcej radości. Nie przejmujesz się, że ktoś cię olał, bo tobie też coś może wypaść i też kogoś na chwilę olejesz. Są różne sytuacje w życiu i no worries sprawia, że jest ono po prostu łatwiejsze. Nie twierdzę, że to jest zawsze dobre, bo może być i frustrujące, że musisz czekać tydzień na założenie gazu w nowo wynajętym mieszkaniu, bo ktoś się nie przejął.

Nie wiem czy wynika to z powyższego, ale Australijczycy każdego traktują tak samo. Niezależnie od tego czy rozmawiają w pracy czy po pracy, znajomą czy nie, zawsze są mili. Reguła uprzejmości nie zna statusu, upodobania czy powinowactwa, ale też nie ma ceny. Idąc w trampkach do drogiego sklepu nie zdarzy się, że pani spojrzy krzywo i nie odpowie Dzień dobry, bo widać, że nie stać Cię na najmniejszą rzecz z jej asortymentu.

Pozytywy na wywrotce

Z pozytywnych rzeczy jakie w tym krótkim czasie dało się zauważyć to postępy w miastach. Drogi rozwijają się jak szalone, budynki rosną jak na drożdżach. W Tesco jest dział Organic!! Pociągi są piękne i wygodne. Dworzec centralny w Warszawie nie jest straszącą, szarą halą. Na ulicach jest angielski w co trzeciej rozmowie, a w wielu zasłyszanych zdaniach po polsku słychać rosyjski akcent.

Ludzie, którzy w jakiś sposób dowiadują się, że byłam w Australii robią się 300% bardziej uprzejmi i jest w nich jakaś taka pozytywna energia, zaciekawienie i nie ma zazdrości tylko chyba takie lekkie rozmarzenie.

Tutaj kobiety się malują i chodzą na obcasach!

Jest chyba więcej rowerzystów. Ale przy rowerzystach zdałam sobie sprawy, że w naszym kraju nie stosuje się żadnych norm bezpieczeństwa.

Jeśli ktoś chce podjąć jakąkolwiek pracę fizyczną w Australii musi mieć kask, okulary, odblaskową kamizelkę i buty. I wlicza się w to każda forma aktywności. Panowie, którzy budują drogi mają to wszystko, bezwzględnie czy siedzą tylko i pilnują ruchu drogowego czy pracują przy sprzęcie. KAŻDY ma mieć kask. A u nas nie mają ich nawet rowerzyści. Dwa lata temu sama po mieście nie jeździłam w kasku, dziś na pewno nie odważę się jechać z gołą głową. Może mało seksi, ale żywa…

Z osobistych spostrzeżeń to nie wiem jak wy, ale ja strasznie dużo posiadam. Do tej pory wszystko co mieliśmy we dwójkę mieściło się w samochodzie. Wliczając w to jedzenie, przybory kuchenne i rowery. Po otwarciu mojej szafy w domu z przerażeniem stwierdziłam, że nie zmieści się to do żadnego plecaka, ani samochodu.

Ostatni szok kulturowy tyczy się kierowców i norm bezpieczeństwa, ale to już chyba sami o nim wiecie 😉

I jeżdżenie po prawej jest zupełnie bez sensu.

Jeśli jakiś temat interesuje Cię bardziej napisz do mnie na objechacswiat@gmail.com