Litchfield Park, Park Litchfield, Terytorium Północne

Wody pustyni – Park Litchfield

Wokół Darwin można spędzić czas w najpiękniejszych parkach tego kraju. Należą do nich Park Litchfield i Kakadu. Na ten  drugi się nie decydujemy. Mimo, że jest popularniejszy to podobno w czasie pory suchej jaka jest teraz nie jest aż tak spektakularny.

Oba parki leżą dokładnie po przeciwnych stronach Stewart Highway co  oznacza, że nijak nie jest nam po drodze do obu. Zabawne, w naszej całej podróży przez serce Australii jest to, że całe 4500 km przejedziemy praktycznie jedną drogą – właśnie autostradą Stewart. Do parku Litchfield musimy odjechać od Darwin jakieś 100 km , a później wgłąb parku, zjeżdżając z głównej drogi. Objechanie parku jest darmowe i można to zrobić dookoła tyle, że wyjeżdżając jakieś 90 km na północ od miejsca w którym się wjechało (oczywiście w zależności, który wybraliśmy jako wjazd).

Park Litchfield ma dwie główne atrakcje jakimi są wielkie kopce termitów i wodospady, pod którymi można się kąpać.

Kopce termitów są niesamowitymi konstrukcjami wysokimi na kilka metrów. Ich powstawanie termity zawdzięczają swojej królowej matce, która po połączeniu się z samcem zaczyna produkować (bo inaczej nie da się tego nazwać) tysiące robotnic i wojowników. To one budują kopiec latami. Widzieliśmy kopce ogromne, takie 50-letnie, które wznoszą się jak błotniste budowle, ale też całkiem niskie kikuty ledwo odstające od ziemi. Już wiele razy podkreślałam to, że w Australii nabieram większego respektu i zachwytu nad przyrodą, ale systemy budowane przez terminy są po prostu arcydziełem konstrukcji.

imgp1251

DCIM100MEDIA

DCIM100MEDIA

Pole termitowych domków w parku w którym jesteśmy zajmują obszar jaki możemy objąć wzrokiem. Ułożone są w dwóch kierunkach – północnym i południowym, linia między ich domkami jest tak wyraźna, że nie sposób nie uwierzyć, że takie rozłożenie ma cel. Okazuje się, że nic tu nie jest przypadkiem. Termitiery są tu bardzo wysokie, tak wysokie, by w czasie pory deszczowej termity mogły przenieść pokarm i siebie na wyższe poziomy konstrukcji. Ich rozłożenie północ – południe ma zapewnić stałą temperaturę i stałe nasłonecznienie przez cały rok. Czy to nie jest niesamowite? W takim zachwycie pozostałam jeszcze przez kilkadziesiąt kilometrów przez jakie rozciągają się kikuty wzdłuż drogi.

Cały park usiany jest wprost pięknymi wodospadami. Podobno jesteśmy po sezonie, więc nie ma tu za dużo ludzi. Wszystkie są bardzo dobrze oznaczone i sprawdzone pod kątem obecności krokodyli słonowodnych.

Na terenie Northern Territory można  spotkać  wszystkie zwierzęta, których nie chcesz spotkać, gdy mieszkasz gdziekolwiek indziej. W samym Darwin lepiej się nie kąpać, mimo, że lazurowa woda prawie cię do siebie wciąga, bo mieszkają tam zabójcze meduzy pudełkowe, w pobliskich parkach nie można zatrzymać się obok strumyka, bo wszędzie są znaki o krokodylach, a i lepiej nie zostać ugryzionym przez żadnego owada.

Tak więc, oznaczenie o braku krokodyli przyjmujemy z ogromną radością. Wszystkie miejsca, w których się kapaliśmy były po prostu piękne, zazwyczaj różniły się klimatem i ilością ludzi. Jedyny, o którym chcę wam napisać, był naszym ostatnim tego dnia.

Dotarliśmy jeszcze przed zmrokiem do naszego noclegu. Chciałam napisać, że jest to pole namiotowe, ale prawie nikt tam nie spał pod namiotem tylko w samochodach, więc tak chyba nie mogę. Wjeżdżamy szutrową drogą, po rdzawej ziemi na skrawek pośród buszu, miejsca „parkingowe” oddzielone są palikami i krzakami, jest toaleta z prysznicami, grille, miejsce na ognisko i jakkolwiek nie brzmi to cywilizacyjnie to zawsze jakoś te elementy pasują tu do natury, trochę jakby były ich nieodzowną częścią.

Do wodospadu jest 300 m więc jeszcze przez zachodem słońca się tam zbieramy. Idziemy między wysokimi palmami i naszym oczom ukazuje się czerwona skała, po której żwawo ściekają 2 wodospady. Znaki wokół zapewniają, że tutaj żyją tylko krokodyle słodkowodne, które są małe i rybożerne. Wszystko jest tu niesamowite. Nad głowami latają nam ogromne nietoperze (nazywane latającymi lisami, ang. flying foxes), które na niebie wyglądają wprost przerażająco. Z nami jest tylko jedna pani, która cierpliwie stoi z aparatem pod jednym drzewem czekając na swoją okazję nietoperzego ujęcia. Ł. i  ja też bezskutecznie próbujemy. Potwory siedzą na drzewach dokładnie nad naszymi głowami i zajadają nektar z kwiatów. Jeden z nich siedzi tak nisko, że mogę stać pod  nim i widzę cienki jak igła języczek, który co chwilę sięga po nektar. Nagle patrzy na mnie zdziwiony, co to za potwór mu się przygląda, ale nic, sięga długą chudą łapką (???) po kolejna gałązkę i siorpie dalej. I już nie jest potworem. Jest słodkim małym szczurkiem jedzącym kwiatki z niewinnym czarnym ryjkiem.

Zachód słońca, pani wraca do obozu a my w końcu wskakujemy do wody. W końcu chłodniej. Codziennie jest ponad 30 stopni, w nocy 25, więc woda to zawsze cud. Teraz skała jest na prawdę krwiście czerwona, a biały Ł. oddziela się mocno od ciemnej wody. Pływamy tam przez chwilę, marząc żeby było to dłużej. Nad nami lata stado batmanów, wyglądają trochę jakby na nas polowały, małe krokodyle pewnie gdzieś pod nami pływają, cisza i huk natury. Zmrok.  Czas wracać do naszego jeżdżącego mieszkania i przygotować się na jutro. Prawdziwie krokodyle czekają.

Wangi_Falls
Wodospad Wangi, Park Litchfield
imgp1041
Krokodyli słonowodnych brak, a słodkowodnych proszę nie drażnić

imgp1032

imgp1050

Florence Falls, Park Litchfield
Florence Falls, Park Litchfield

Zobacz Jak upolować dzikie krokodyle w Australia >

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *