Nowa Zelandia, Wyspa Południowa

Za siedmioma górami.. | Nowa Zelandia

Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma dolinami…

Każda bajka, która tak się zaczyna gwarantuję miała swoje źródło w Nowej Zelandii.

Jeśli pisał to ktoś, kto był w Nowej Zelandii to i tak był powściągliwy, bo lasów i górek nigdy nie jest 7 tylko przynajmniej siedemnaście. Chcę was dziś zabrać w 3 miejsca, każde z nich szczególne i każde było za siedemnastoma lasami, górami i dolinami.

Do poniższych miejsc nie mogliśmy dojechać samochodem ani przejść się w klapkach. Co na koniec dnia, ma tylko plusy. Pewnie tylko dzięki dodatkowemu wysiłkowi wydawały nam się tak magiczne i smaczne, jak już je osiągnęliśmy. Czas zacząć naszą bajkę.

Rzecz się dzieje w wyspie południowej Nowej Zelandii. Księżniczka i jej paź postanowili iść na romantyczny spacer. Szli i szli, i szli… Dobra. Bez żartów.  Była  Paula, był Łukasz, plecaki z wodą, trepy, dużo potu i pewnie audiobooki. Romantyczne w tej historii będą tylko widoki.

Roys Peak

Oglądając jakieś broszury zobaczyłam zdjęcie, które mnie powaliło i mówiło, że najlepiej zobaczyć to miejsce o wschodzie słońca. Nie ma szans myślę, w życiu nie zwlekę go z łóżka przed 5 rano. 3 dni później to on mnie zwleka o 6.30 w ciemną, morką i lepką noc, żeby wejść na Roys Peak.

Z dołu wydaje się kaszka z mleczkiem, szczyt wygląda blisko, a szlak jest płastszy niż góra parkowa w Kazimierzy Wielkiej. Po 3 godzinach widzimy najpiękniejszy widok, jaki do tej pory widzieliśmy w życiu. Po drodze spotkaliśmy szaleńców, którzy widzieli to miejsce o wschodzie słońce  i w sumie teraz im zazdroszczę.

20170301_120333a

20170301_123217a

Najpiękniejsza plaża w Nowej Zelandii

Jadąc na samą północ Południowej Wyspy zachodnim wybrzeżem minęliśmy siedemset górek, samochód aż się spocił, ale nas dowiózł. Nie do końca, bo się nie da ale..

Wysiedliśmy z samochodu. Czas operacyjny 1.5 h. tyle zostało nam do zachodu. Przed nami jeszcze pagórkowata (a jakże) ścieżka na 20 min. Gdybym ja nazywała tą plażę to byłaby Plażą o zwianym piasku. Po drodze wieje tak mocno, że cieszę, z  obciążającego mnie dodatkowo aparatu, bo gdyby nie on pewnie by mnie porwało. Ł. zatacza się idąc przede mną.

Docieramy i nam opadają, a raczej odwiewają, szczęki. Sama plaża może nie jest aż tak nieziemska, jak to co się na niej wyprawia. Wiatr zwiewa cały wyschnięty przez słońce  piasek tworząc wydmy. Szaleje tak mocno, że bez długich nogawek mam wrażenie, że piasek wbija się jak igiełki w łydki, oczy pełne piachu i….wszystko inne też.

IMGP7597

IMGP7594

IMGP7665

IMGP7561

IMGP7564

IMGP7584

IMGP7615

Przy odpływie można prawie wsadzić stopę w basenik zrobiony z kamieni w którym radośnie bawią się lwy morskie. Te małe zwierzątka turlają się, wyskakują  z wody i chichrają z naszej ludzkiej gromadki wpatrzonej z ich harce. Z nami jest może jeszcze dziesięcioro turystów, więc nikt sobie nie przeszkadza.

Separation Point

W Parku Narodowym Abel Tasman decydujemy się tylko na jeden spacer. Dostępne są ścieżki kilkugodzinne i kilkudniowe wliczając w to część dróg pokonywanych kajakiem albo wodną taksówką.

Pięciogodzinna ścieżka przez las, 3 plaże doprowadza nas do punktu Separation. Puste, małe plażyczki sprawiają wrażenie jakbyśmy sami odkryli to miejsce, mimo że po pięciominutowej przerwie już drepczą za nami kolejni odkrywcy.

Kolor wody mówi sam za siebie, krystaliczna i zimna, a w niej znowu małe zwierzaki, głośno dają znać o tym, jak świetnie się bawią. My nie. Jeszcze trzeba wrócić. Jak to piszę to właśnie stamtąd wróciliśmy i zmęczenie nie pozwala za dużo się rozpisać o tym miejscu.

IMGP7743IMGP7730