Australia, Terytorium Północne, Uluru-Kata Tjuta

Zakochać się w Uluru w sercu Australii

 -Ja stąd nie wyjadę dopóki, nie zobaczę Uluru.

-Chcesz jechać 3000 km, żeby zobaczyć kamień?

-Oczywiście, że chcę zobaczyć najważniejszy kamień tego kontynentu!

Taką rozmowę, przeprowadziliśmy kilka razy, aż do dnia jak Łukasz znalazł promocję na wypożyczenie auta. Miesiąc później prowadzę samochód-monstrum, wjeżdżam do Parku Narodowego, płacę przy okienku 50$ (po 25$ od osoby) i jeszcze przez parę kilometrów zbliżam się do celu. Jesteśmy po 2 godzinach jazdy z naszego noclegu, który był w połowie drogi między Alice Springs, a Parkiem Narodowym Uluru – Kata Tjuta.

Jest pora sucha, temperatura znośna, a nasze oczekiwanie na ten cel sięga zenitu. Wyobraź sobie, że wychodzisz wtedy na zewnątrz i do twarzy momentalnie przykleja Ci się wielka mucha. Przez następne pół godziny usilnie przekonuje cię, że jej kolacja leży w twoich ustach, albo oku.

Mimo to, Ł. przestaje już pytać czy musimy tu jechać, przyjechał i teraz gapi się tak samo zachwycony jak ja, w wielką czerwoną ścianę przed nami.

Ulu-fakty

Uluru jest ikoną Australii, pojawiającą się jako symbol na wielu pocztówkach, zachwycając ziemią, która zmienia kolor w każdej porze dnia. Jest przy tym prawie największym monolitem na świecie, ale mimo imponujących rozmiarów ginie przy Mt Augustus (który jest 2 razy większy i stoi w naszej ulubionej Australii Zachodniej). Znajduje się w Red Centre czyli czerwonym centrum Australii i dziś należy (tak jak przez wieki) do ludu Anangu.

Parkiem i górą zarządza Rada w której razem zasiadają Aborygeni, wspierani przez białych Rangersów (tutejszych strażników parków, lasów, buszu i wszelkich naturalnych siedlisk). Nazwa Uluru (czyt. Ooloru) została przywrócona w latach 80tych XX wieku i zmieniona z angielskiej Ayers Rock. Obecnie Parki Australi wynajmują teren Uluru od Aborygenów. Dzierżawa podpisana jest na 99 lat.

Aborygeni zamieszkiwali te ziemie od 5,000 lat. Na skale można zobaczyć malowidła jednak te dostępne dla oczu są dość świeże. Ich tematyka zawsze związana jest z koczowniczym życiem. Można zobaczyć tam historie o powstawaniu świata, mapy, gdzie znaleźć pożywienie czy obrazy kobiet przy ognisku.

Uluru jest uznawane za najważniejsze miejsce Aborygenów w Australii. To tu pośród pustkowia mogli chronić się w jego cieniu ich przodkowie, znaleźć wodę w nieckach wydrążonych w skale i polować na zwierzęta u źródła. Historie przekazywane z ust do ust mówią o przebytych tu walkach plemiennych i potworach, które stworzyły tą ziemię. Historie aborygeńskie mogą być opowiadane tylko tam, gdzie miały miejsce, więc ja też ich tu wam nie opowiem. Ma to w sobie coś szczególnego, czasem historia zmusza cię do pojechania gdzieś dalej, albo indziej, niż planowałeś. Biali, którzy mają dostęp do tajemnej wiedzy są najczęściej długo i powolutku uczeni, przyswajają kulturę latami i wciąż twierdzą, że jest w niej więcej tajemnic, niż oczywistości.

imgp1799

imgp2142

Wspinaczka na górę to upadek ludzkości 

Na Uluru było kilku Rangersów, takich jak ja, opowiada nam oprowadzający nas strażnik parku, z ludu Anangu, ale rezygnowali. Dla nich wchodzenie na Uluru to największe pogwałcenie praw ich kultury, a my tam musimy wchodzić, ratować ludzi, albo…sprzątać. Nie uwierzycie co ludzie tam zostawiają…. 

Idioci – tak nazywaliśmy ludzi, którzy wdrapywali się na Uluru. Mój negatywny stosunek do tego co robią, nie ma innego wyrazu i nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie nie pojmują, że na Uluru się nie wchodzi. Dlaczego? A dlaczego z awersją patrzymy i nazywamy złodziei kwiatów cmentarnymi hienami? Dlaczego ogradzamy nasze cmentarze i zamykamy kościoły, nie pozwalamy skakać po grobach naszych bliskich, albo opluć naszej babci? Bo nie. Bo takich rzeczy nie robi się, ze względu na szacunek do tradycji, cudzej własności, obcych historii i wierzeń.

imgp1845

Podjeżdżając pod Uluru na szutrowy parking można zauważyć 2 rzeczy. Po pierwsze jego niesamowitość i majestat, po drugie małe mrówki wchodzące po stromym zboczu. Mrówki trzymają się łańcucha, bo mimo, że ścieżka prowadzi przez najbezpieczniejsze miejsce to jednak podejście, wciąż jest bardzo strome. Na swoim kącie Uluru ma wiele upadków zarówno śmiertelnych, jak i tych lekkich, przeżytych. Trasa zamykana jest w wielu powodów, jak zbyt wysoka temperatura, prognoza deszczu czy zbyt duży wiatr, więc na szczęście idioci nie mają aż tyle okazji do zrealizowania swojego planu. Nie przekonuje wielkie tablica na której pisze: PROSZĘ nie wchodź na Uluru, jest to dla nas miejsce święte. Nie przekonują prośby i tłumaczenia białych rangerów, linia mrówek brnie pod górę, depcząc górę, gwałcąc świętość i (dosłownie) srając na jej szczycie.

Odkrywanie piękna

Wracając jednak do zachwytu…

imgp1964

Podjeżdżanie do Uluru to najpiękniejszy widok tego kamienia. Nagle zdajesz sobie sprawę, że ma 350 metrów wysokości od podstawy, że jest wielki i całkowicie inny od swojego otoczenia. I tak z bliska ta skała nie jest jednolitym kamieniem jak jeszcze wydawało się 3 km temu, ale jest wyżłobiona tak, że oczami wyobraźni widzisz wodę jaka spływa tu każdej deszczowej pory. Pod nogami drepczą ci wielkie mrówki, a w krzakach nasłuchujesz ukrytych węży. Wokół są głównie trawy, drzewka i masa turystów, którzy tak jak my przyjechali zobaczyć najświętszy kamień.

Pierwsze kroki kieruję do muzeum Uluru, które jest 6 km oddalone od góry i jest majstersztykiem kompozycji tego otoczenia. Drewniany niski budynek w którym można znaleźć całą historię i aborygeński pierwiastek jest wspaniałym startem. Kupuję mapę okolicy i z lekkim zdziwieniem biorę do ręki stojący na blacie słoik z zaformalinowaną jaszczurką – Molochem Straszliwym (Thorny Devil). Wtedy przyglądam jej się ze zdziwieniem (bo robi wrażenie), nawet nie przypuszczając przez moment, że 3 godziny później stanę oko w oko z tym potworem, żyjącym potworem, niezaformalinowanym potworem.

imgp1822

Diabeł siedział radośnie na mojej ścieżce, albo na swojej ścieżce. Jak mnie zobaczył to znieruchomiał i ja też. No skąd mogłam wiedzieć, że jest bezbronny i w zasadzie mogę mu spokojnie zrobić zdjęcie, a nie między jednym, a drugim susem…

imgp1843

DCIM100MEDIA

Zostajemy w okolicy na 2 noce. Nie ma opcji, że wyjedziemy stąd nie oglądając zachodu i wschodu na Uluru i Olgas (druga tak samo słynna formacja skalna). Nawet Ł. jest zachwycony  „kamieniem” i już nie mówi, że bez sensu jest jechać 3000 km, żeby go zobaczyć. Zaskakuje nas tłum turystów dowożonych z lotniska autokarami i wielki kompleks turystyczny z kawiarniami i pełnym turystycznym zapleczem pamiątkowo – hotelowym  (czego w sumie logicznie myślący człowiek mógłby się domyślić) w odległości 15 km od góry, która miała być dzika i dziewicza.

Z całego serca możemy zarekomendować oglądanie Uluru we wrześniu kiedy jest chłodniej, muchy nie zjadają żywcem, a i można trafić na fantastyczne chmury z deszczem i tęczą. Widok niesamowity. Do tego Uluru dla nas zakwitło. Wszędzie widać natywne rośliny. Jeden z programów parku ma służyć pozbycia się zawleczonych gatunków roślin i zwierząt.

W otoczeniu góry najbardziej zachwycają mnie olbrzymie żółte kwiaty kaliny-kalinypa (honeysuckle grevillea), które były lokalnymi słodyczami. Zanim biali przywieźli cukier i doprowadzili Aborygenów do cukrzycy, te kwiaty były jednym z nielicznym źródeł cukru na tych ziemiach. Do tej pory cieszą się dużym powodzeniem. Nektar można wyssać prosto z kwiatu nie zrywając go przy tym lub mieszać go w pojemniku z wodą otrzymując lemoniadę (prawie). Ja polizuję, ale jakiś mi się trafił już chyba obessany… Innym smakołykiem są słodkie mrówki, ale jakoś jedzenie robaków chyba zostawię jako azjatyckie wspomnienie.

imgp1802

imgp1848

Zostajemy tu do zachodu. Jedziemy na specjalnie wytyczone do tego miejsce. Na mapie zaznaczono Sunset i Sunrise point, które mają być najlepszymi lokalizacjami na obserwowanie majestatu zachodzącej (lub wschodzącej) góry. Podjeżdżamy pół godziny przed czasem, parking jest prawie pełny. Razem z nami jest ok 30 samochodów i ludzie czyhający z aparatami wzdłuż prowizorycznego ogrodzenia. Robimy tysiąc takich samych zdjęć i zbieramy szybko manatki, bo jeszcze musimy dojechać do bramek przed zamknięciem parku, a już jesteśmy na styk.

O Uluru nie się w jednym poście, próbuję…i nic, więc będzie dalej…

imgp1910

Uluru czy Łukasz pokochał górę

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *