Wpis dla taty i innych zaflorowanych. Jestem beznadziejnym ogrodnikiem, nawet jeśli 3 tygodnie temu robiłam ogrodniczy wolontariat. Mimo wszystko, tutejsza inność zmusza mnie do napisania tego posta 🙂 . Roślinność, podobnie jest zwierzęcość jest tu endemiczna, czyli niewystępująca w żadnym innym miejscu na świecie. Przez cały rok jest tu bardzo sucho i słonecznie. Większość drzew jest iglasta, więc nawet teraz – zimą, świat na zewnątrz jest zielony.
Co zaskoczyło nas pierwszego dnia – nikt tu nie szanuje zieleni (w naszym rozumieniu). Jednak zadeptywane i zajeżdżane trawniki są wszędzie tak samo piękne, równe i zielone. Jest to zasługa trawy kłączowej albo azjatyckiej, (opisanej tutaj) która podobno lubi takie traktowanie.
Jak już jesteśmy przy trawie to drzewo trawiaste (grass tree) – żółtak jest jednym z bardziej charakterystycznych i częściej spotykanych drzew. Jego apolityczna nazwa – black boy – dalej cieszy się dużą popularnością.

Zabawne jest zdanie sobie sprawy, że każdy w tym kraju posiada ogródek. Bloków i domków rzędowych jest bardzo mało, więc każdy ma swój trawnik do zaorania. W jednym z ostatnich numerów magazynu Ogrodnictwo (Gardening) wielki nagłówek podpowiada: „Nie kupuj cytryn, sam je wyhoduj”. Oto właśnie się hodują cytryny, pomarańcze i inne cytrusy w małych ogródeczkach.

Powszechnym kwiatem ogródkowym jest sterlicja.
Bottle brush czyli szczotki do butelek (Banksja) kwitną wieloma kolorami i jak ktoś dobrze zauważył mają czułki.


Na koniec moje ulubione drzewo czyli sosna w wydaniu australijskim.

Niesamowitości dnia codziennego:
- Ludzi na zewnątrz jest tak mało, że praktycznie każdy na ulicy powie Ci dzień dobry
- W barze, w którym pracuję, jedyną wódką jaką sprzedają jest Wyborowa (8$ za shot)
- Jedzenie owoców i marchewek jest postrzegane jako dieta spowodowana na pewno jakąś chorobą
- Plaża jest dla każdego, piesków też


1 Komentarz
kurczę, a ja myślałam, że Australijczycy jedzą dużo owoców 😛
Z drugiej strony, często jak wyjeżdżałam gdzieś na wakacje i robiąc zakupy w supermarkecie kupowałam np pół arbuza (bo gorąco), wafle ryżowe (bo się nie zepsują bez lodówki) i dużo wody (patrz pierwszy nawias) to potem też wszyscy gadali, że jestem na jakiejś restrykcyjnej diecie 😛