Czy to prawda? pytają Ci co mnie znają i przeczytali wpis Teoria naturalnie urodzonych – Poród w Holandii.
W dużym skrócie odpowiedź brzmi: tak, to prawda, że ze szpitala wychodzi się “na chwilę” po porodzie. Niestety jednak nie byłam tym pięknym przypadkiem, który rodzi w wodzie i której poród jest teoretycznie idealny, ale teoria przedstawiona nam na kursie rodzenia całkowicie się sprawdziła. System nie zawiódł, a Holandia okazała się całkiem dobrym miejscem na poród.
Przy bardzo silnych skurczach trwających przez 1.5h w rozkładzie minuta skurczu i 4 bez, zadzwoniliśmy do naszych położnych. Jedna z nich była u nas po 15 minutach. Sprawdziła rozwarcie i mimo, że nie kwalifikowałam się oficjalnie na jazdę do szpitala to widząc jak bolesne mam skurcze od razu zadzwoniła do 2 szpitali (według, których mieliśmy preferencje) sprawdzając czy mają wolny pokój dla nas. Zabraliśmy walizkę (spakowaną jak na wycieczkę) i jedzonko z czego oczywiście nic nie użyliśmy. Przez to, że pojechaliśmy do szpitala, od razu trafiliśmy pod opiekę tamtejszej położnej. Ta bardzo szybko przedstawiła mi opcje znieczulenia: epidural (zastrzyk w plecy, który unieruchamia całkowicie, zostaje dłużej w organizmie, wpływa też na dziecko i…będzie za godzinę, bo musi go podać anestezjolog), albo pompa z morfiną (można podać ją od razu, jest jeszcze opcja ruszenia się z łóżka, bardzo szybko uwalnia się z organizmu). W Holandii wiedzą jak dobrze wcisnąć narkotyki i po przemyśleniu (a w tym stanie to raczej usłyszeniu) tych opcji zdecydowałam się na morfinę.
W międzyczasie zostałam podpięta pod kable do monitorowania skurczy, mojego ciśnienia i serca małego J. Dostałam magiczny guzik do ręki, którego mogłam używać co 3 minuty, żeby załadować kolejną, małą dawkę morfiny. Na początku byłam baardzo zadowolona z wybranej opcji, ale im dalej w las tym ciemniej i pod koniec twardo wmawiałam pielęgniarce, że guzik nie działa. Wciskałam go z prędkością światła, ale już nie czułam efektu błogości i małego odlotu.
Pokój w którym wylądowałam miał małą sofę, łóżko do rodzenia, cały sprzęt potrzebny do wspomagania porodu i łazienkę. Pogasiliśmy światła, żeby milej było rodzić (nie wiem czy to coś dało, bo poród ciężko określić słowem “miło”). Mieliśmy jedną położną plus dwie chyba mniej doświadczone, które jej pomagały. W trakcie mogłam jeszcze rodzić na krześle, jako, że morfina nawet z okablowaniem dają możliwość poruszania się. Zaraz przed porodem aktywnym morfina została mi odłączona (smutek).
Poród.
JJ jest na świecie.
Trochę miałam im za złe, że się na mnie nie darły tylko stosowały pozytywną motywację do pchania i mówiły Paula świetnie ci idzie, tak dalej. Może jakbym się bardziej zestresowała szybciej by poszło. 😉
Tata Ł. odcina pępowinę dopiero po chwili, kiedy cała krew z łożyska trafiła do malucha. Teraz leżymy sobie na skin to skin co uznawane jest za jeden z najistotniejszych momentów porodu wpływających na przyszłe zdrowie dziecka, tworzenie więzi i produkcję mleka przez mamę. Spędzamy tak godzinę, po której przychodzą znowu położne. Sprawdzają wagę, odruchy i natlenowanie krwi dzieciaczka. J. ani na moment nie znika z moich oczu. Wszystkie procedury wykonywane są w tym samym pomieszczeniu.
Przychodzi jedzonko, wypychają mnie pod prysznic i na obowiązkowe sikanie (powiedzieli, że mnie bez tego procederu nie wypuszczą). Po porodzie zamiast teoretycznych 2 godzin spędzamy w szpitalu 4 (! bonus) bo J. narobił do wód płodowych, co jest traktowane jako przypadek kwalifikujący się do porodu w szpitalu. Gdyby zdarzyło się to w trakcie porodu domowego musielibyśmy jechać do szpitala. To powoduje równocześnie, że nie będziemy płacić 300 euro za poród, bo z meconium w wodzie to przypadek medyczny. Chyba zawsze będziemy wypominać J. jego najdroższą kupę. Widać, że urodzony w Holandii, już wie jak oszczędzać pieniądze.
Jest 12 w południe jak wdrapujemy się do mieszkania. Już po 3 godzinach odwiedza nas po raz pierwszy pani Kraamzong. Zdecydowaliśmy się na 6 godzin dziennie ich usług. W ciągu 8 dni mieliśmy 2 różne panie i ja autentycznie kocham tę instytucję. Przez te pierwsze dni stanowiły fenomenalną pomoc. Sprawdzały J. i mnie każdego dnia, odpowiadały na miliony pytań, uczyły nas jak kąpać, nosić, sprawdzać małego, a do tego odkurzały, robiły śniadanie albo po prostu siedziały z synkiem, kiedy my szliśmy się krytycznie wyspać. Były całkowicie nieocenione. Ta instytucja nie istnieje od dziś i 60 lat temu, kiedy Holandia była bardziej opiekuńczym krajem te panie mieszkały przez tydzień w domu, którym się opiekowały. Były to często kobiety bezdzietne, stare panny, które dzieliły pierwszy tydzień rodzicielstwa z setkami rodzin. Znowu pewnie zastanawiasz się czy to za darmo. Jeśli nie, to powinno, bo w Holandii nic nie jest za darmo 😉 Nasze ubezpiecznie pokrywa część kosztów, a część (ok. 4 euro za godzinę) płacimy sami.
W trakcie pierwszych dwóch tygodni odwiedza nas pół miasta specjalistów. Przychodzą 2 razy nasze położne, żeby dowiedzieć się czy wszystko jest ok. Dzwoni mój internista gratulując porodu (o wszystkim instytucje informują się same, więc czasem nie wiedziałam kto dzwoni albo przychodzi i po co) i pytając kiedy może nas odwiedzić, żeby pogadać i dowiedzieć się czy wszystko ok. Przychodzi pani z Centrum Zdrowia Dziecka (instytucja zajmująca się rozwojem dziecka i szczepieniami) na rozmowę informacyjną czym oni się zajmują i umawiając nas na pierwsze (!!) szczepienie po miesiącu od urodzenia. Wreszcie przychodzi pani, która pobiera krew z pięty na najczęstsze groźne choroby i sprawdza słuch. Wszystkie te osoby sprawdzają różne aspekty zdrowia J.: ważą, oglądają, odpowiadają na kolejny milion pytań, tłumaczą, czego możemy się spodziewać, pytają czy ja mam się dobrze. Nie mamy potrzeby czytać internetów, bo oni tu wszyscy są, uspokajają i zapewniają komfort psychiczny.
Właśnie w ten sposób nasz nowy, mały człowieczek pojawił się na tym świecie i będzie go objeżdżał razem z nami.
