Gdzie pojechać w WA na 1 dzień?
Po zrobieniu powyższej ankiety padło tym razem na York. Zapytaliśmy co najmniej 4 niezależnych osób znających się trochę na tutejszej turystyce, wszyscy jednym głosem powiedzieli: „Jedźcie”. Więc jedziemy.
Nie Nowy, ale stary, dobry York w Australii Zachodniej. To pierwsze miasto w lądzie w tej części kontynentu położone 100 km na wschód od Perth. Droga, która nas tam prowadzi jest długa, prosta z ograniczeniem 110 km/h. Wokół głównie busz, który o tej porze roku zaczyna robić się brudno brązowy. Dla nas lato to jedyny słoneczny czas kiedy wokół jest faktycznie pięknie zielono. W Australii oznacza to, że część lasów musi zostać wypalona (żeby sama nie wymyśliła się spalić w trakcie upałów) a zielone zimą i wiosną rośliny zmienią się w spalone brązowe suchotniki.
Ł. pobudzony zachwaleniami znajomych i tym, że w końcu gdzieś pojedziemy za miasto, ja tym, że w końcu zobaczymy może coś historycznego. Docieramy bez problemu, parkujemy na głównej ulicy pod ratuszem, gdzie znajduje się informacja turystyczna. Bardzo angielska starsza pani tłumaczy cierpliwie każdemu świeżutkiemu turystowi, co warto zobaczyć w zacnym, historycznym mieście York. A jest tego masa – muzeum motoryzacji z najstarszym samochodem, galerie, pokazy historycznych instrumentów, sklep z robionymi słodyczami. Do ręki dostajemy jeszcze foliowy woreczek z typowymi australijskimi nasionami i ruszamy „w „miasto”” (podwójny cudzysłów nie jest tu przypadkowy).
Główna ulica to kilka budynków w stylu kolonialnym z balustradami, drewnianymi wykończeniami w których znajdują się bary, kawiarnie, poczta i o! Nasze muzeum. Wstęp 9$ które ja wolę zjeść więc Ł. sam wchodzi, a ja idę do kawiarni.
Jakby spojrzeć na ulicę to ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tu w okresie powstania tego miasta (1831 rok). W barze naprzeciw muzeum siedzą harlejowcy prawdziwi – skóry, długie siwe brody, czarne motocykle, 100 lat na karku. Ulicą, co jakiś czas przejeżdża samochód z poprzedniej epoki. Nawet zastanawiam się po co Ł. wszedł do środka, jak to samo można zobaczyć jadące po ulicy.
Muzeum:
Ulica:

Ł. idzie po rozum do głowy i po 15 min. wychodzi. I na tym kończymy zwiedzanie zacnego Yorku. Bo: sklep ze słodyczami powinien być otwarty, a nie jest, podobnie jak pokaz instrumentów, muzeum wyglądało tak biednie, że nie wydawało nam się nawet, że 4 dolary warte jest wejście. Poza ty miasteczko jest wymarłe prócz małych uliczek, gdzie co jakiś czas można zobaczyć człowieka w ogródku, albo wesoły ogródek dobrze zasiedlony.
Postanawiamy pozwiedzać dalej już tylko naturę. Jest czas kwitnienia więc pani z punktu informacyjnego upomina by iść zobaczyć morza nieśmiertelników: morze fioletowe i morze żółte.
Grill – obiad okazuje się sąsiadujący z cmentarzem, ale nie mamy pojęcia gdzie jest inne bliskie miejsce na barbi więc zostajemy tutaj.
To co podobało nam się najbardziej to mostem przerzucony przez rzekę.

Poza tym na każdym kroku musimy dokonywać korekty wyobrażeń. Cięgle oczekujemy, że nieoczekiwanie odkryjemy kawałek kultury, coś egzotycznego, innego w ludziach i ich historii. A Australia z jej białasami istnieje dopiero od ok. 1830 roku co oznacza, że mój Uniwersytet jest ponad 100 lat starszy niż całe to państwo. Dlatego na cmentarzach próżno szukamy “najstarszego nagrobka”, historii otartej krwią, czy kawałka tradycji gdzieś za rogiem. Ale pięknie jest, przestrzeń jest, powietrze czyste jest i pogoda. Na rok wystarczy.






















7 komentarzy
na zdjęciach wypisz wymaluj Alabama. Południowe stany możecie sobie odhaczyć 🙂
hahahha dzięki, było w planach ale skoro tak to odhaczone 😛
Piękne miejsce!
czyżbym wyczuł smutek i tęsknotę? 🙁
pewnie trochę tak, ale i frustrację 🙂 Spoko, niedługo jedziemy dalej więc skończą się nudy 😉
Zazdroszczę Wam tej Australii, to moje największe podróżnicze marzenie 🙂
Spełniać! spełniać i jeszcze raz spełniać! Fly4free zapisać do ulubionych i sprawdzać 🙂