Dawno, dawno temu (jakieś ponad 3 i pół tysiąca lat temu) mała sinica przypełzła do innej sinicy, z myślą, że się połączą i może po kilku tysiącleciach staną się myślącym organizmem. Może nawet jakimś ludziem. Sinice położyły się w ciepłym, słonym jeziorku Thetis czekając na znak czasu – Ewolucję.
Ta jednak nigdy nie nadeszła i sinice pozostały w formie w jakiej się zeszły. Szczęściary nie poddały się zmianom jakie nastały na ziemi, stając się żywymi skamielinami. Stromatolity, bo tak nazywają się te formacje skalne, są pierwszymi oznakami życia na Ziemi powstałymi, jak to określa polska Wikipedia, z cienkich lamin węglanu wapnia wytrąconego z wody morskiej jako efekt uboczny życia sinic.
Można je zobaczyć tylko w kilku miejscach na świecie, w tym w Australii Zachodniej, w jeziorze Thetis obok miasteczka Cervantes. Jezioro powstało 4 800 lat temu, jak spacerujące wydmy wykradły oceanowi trochę wody.

Wchodzimy na teren gdzie dalej żyją sobie Stromatolity (albo leżą, a nie żyją bo co to za życie jak w zasadzie jest się skamieliną). Wokół jeziora busz i wygrzewająca się księżniczka pod nogami (ona nie uciekała, więc na wszelki wypadek sami czmychnęliśmy).



Stromatolity bardzo łatwo ulegają zniszczeniu (patrz zadeptaniu) choć ciężko w to wierzyć skoro leżą tu od kilku tysięcy lat. Mimo to, chodzimy tylko po wydzielonej trasie na której jest kilka tablic tłumaczących szczególność i podniosłość tego miejsca, że to stromatolity i trombolity (pierwsze utworzone przez warstwy, drugie przez ściśnięcie do kupy) i że na dnie jeziora Thetis znajdują się fioletowe bakterie siarkowe, które w czasie burzy powodują, że jezioro zmienia kolor na fiolet.
Legenda aborygeńska mówi, że to wielka tęcza tworzyła kiedyś wybrzeże, przebijała się przez ziemię, tworząc jaskinie i pagórki, aż dotarła do jeziora Thetis i tu złożyła swoje jaja.
Widać ta tęcza też myślała, jak kiedyś same sinice, że liźnie je ewolucja i coś się z nich wykluje, a tu klops.
Okolica ma do zaoferowania jeszcze kilka ciekawych miejsc jak jaskinię do której prowadzi jak zwykle czerwona ziemia. W jaskini jak to w jaskni ciemno jak w jaskini, tylko droga niecodzienna bo ze znakami “Bee risk area” i faktycznie gigantyczne wiszące dzikie ule nad głowami. Zima jest więc i pszczołom nie do śmiechu latać w 17 stopniach.
Porządną wycieczkę trzeba porządnie kończyć.






5 komentarzy
Pięknie!
i pusto 😉
Troszke ksiezycowo:)
tak, trochę tak, tym bardziej, że wokół tylko niskie krzaki i daleko daleko nic…
Niesamowite przestrzenie, nie mogę się napatrzeć 😉
Łukasz to by chyba oszalał ze szczęścia w AU – jak tak oglądam Wasze zdjęcia – codziennie barbecue 😛