Australia, Melbourne, Prywatnie ludzkie, Wiktoria

Jak zostałam korpomasażerem

Co z tego, że sama jestem raczej człowiekiem pracującym w biurze? Co z tego, że nie słyszeliście o korporacji dla masażystów. Będąc imigrantem, który chce zarobić na kolejne podróże czasem trzeba być giętkim.

Taką względną giętkość zapewniłam sobie w Polsce przechodząc kurs masażu, pracując na co dzień w marketingu. Obudziłam się pewnego dnia rano stwierdzając, że prócz moich umiejętności miękkich nie potrafię pracować moimi rękami. Nic nie wytwarzam, nic nie produkuję, nic nie sprzedaję (przynajmniej bezpośrednio), a marketingowcem raczej do końca życia być nie mogę (w sumie to masażystą również), więc  trzeba coś z tym zrobić.

Przyjeżdżając do Australii liczyliśmy się z tym, że znalezienie od razu pracy może być trudne, szczególnie, że moja praca jest mocno związana z językiem. Jakkolwiek on dobry nie jest, to wciąż brakuje mi tego nieoficjalnego slangu, który w mojej pracy byłby bardzo pomocny.

Początkowe poszukiwania pracy jako masażysta zaczęłam na Gumtree, co najczęściej kończyło się w gabinecie pana Hindusa, albo pani Chinki.  I może nie ma w tym nic złego, gdyby wszystkie te oferty nie dotyczyły „wynajmu” lokalu, bo nie można tego inaczej nazwać. W takich miejscach oferowano mi przychodzenie na 8 godzin i załatwianie sobie samej klientów. Szczerze mówiąc to wygląd tych „gabinetów” miał się nijak do gabinetów masażu jakie znacie. Nie było białych ścian i eleganckich stołów z jasnymi stonowanymi kolorami, a raczej przyciemnione pomieszczenie z oddzielonymi grubymi ciemnymi kotarami łóżka. Tak więc jako nie-azjata szybko porzuciłam szalone pomysły pracy w salonie. Do porządnego salonu raczej nikt by mnie nie przyjął bez australijskich papierów.

Jak zostać korpomasażystą w Australii

Moją pierwszą pracę masażową dostałam, jak to bywa w Australii, po znajomości. Nasza współlokatorka zna właścicielkę salonu, która okazało się, może potrzebować dodatkowych rąk do pracy. W ten sposób zaczęłam pracować w jednej z firm masując ok. 40 osób przez 2 godziny pracy. Jedyne czego ode mnie wymagano, żeby rozpocząć działalność jako masażysta to mój certyfikat (przetłumaczony na angielski jeszcze w Polsce) i ubezpieczenie.

Ubezpieczenie jako mi doradzono to AON. Powinnam teoretycznie być członkiem jednego ze zrzeszeń, ale ostatecznie nie było to konieczne i pozwolono dołączyć mi do luksusowej grupy posiadaczy tego ubezpieczenia za 200 dolarów (zwróciło się bardzo szybko). Musiałam przy tym okazania się dokumentem, który zaświadcza, że mój kurs zawierał co najmniej 100 godzin nauki.

Dodatkowo napisałam do wszystkich firm, które oferują masaż korporacyjny. Polega on na masowaniu karczków zmęczonych  korporaciarzy, trwa od 3-10 minut i odbywa się przy ich biurku. W mojej pierwszej firmie ludzie dalej pracowali (call-center, więc rozmawiali przez telefon) w innych było troszkę inaczej. Z 5 firm, do których się odezwałam w ciągu 2 tygodni, byłam zatrudniona w czterech. Szałowo? Nie do końca. Każda z nich dawała mi zatrudnienie kilku godzin (najczęściej 1 dzień) w tygodniu, albo raz na 2 tygodnie. Firmy zatrudniające dostarczają firmową koszulkę. Jedna z nich wymogła na mnie zakup krzesła do masażu, za co należą jej się podziękowania, bo dzięki temu pozostałe firmy chętniej wchodziły ze mną we współpracę. Krzesło oczywiście zakupione na Gumtree za 30 dolarów (koszt nowego to 200$) służyło mi aż, do tej pory dając radość ponad 500 masowanym (tak, wykonałam mniej więcej tyle jednostek masażowych w ciągu ostatnich 2 miesięcy).

Dla tych z Was, których nie do końca interesują kuluary zdobywania takiej pracy w Australii napiszę kilka rzeczy o emocjach w tej całej historii.

20160316_095148

Fizykalia masażysty

Prawie każdy jak mówię, że idę jutro masować 7 godzin pyta, czy nie bolą mnie ręce. Bolą, trochę bolą, tym bardziej, że jak w każdą, tak i w tą pracę mocno się wczułam i ładowałam tyle siły, ile śniadanie dało. Ponadto odkryłam kilka zabawnych prawd o ludzkim ciele.

Po pierwsze wszyscy lubimy ból. Znacznie częściej słyszałam od moich krzesłowiczów: „możesz tak mocno jak chcesz”, niż „proszę przestać, bo boli”. Ja najczęściej chciałam tyle ile mogłam i na ile dziewczę metr sześćdziesiąt może (czyli okazało się całkiem sporo).

Po drugie, każdemu wydawało się, że ich ból i ich ciało jest bardzo indywidualne i wyjątkowe. Bo skąd ja mogę wiedzieć, gdzie ich boli i masować dobrze? No mogę, moi drodzy, każdy z nas ma plecy, kręgosłup i resztę dziadostwa najczęściej połączoną w podobny sposób, więc magii w tym nie ma tylko kości i mięśnie.

Po trzecie różne części rąk pasują w różne dziury w plecach. Dzięki łokciom byłam w stanie masować 50 osób pod rząd i wciąż nie mieć problemów z dłońmi. I po czwarte to nie fizykalia, tylko psychalia masażysty były dla mnie znacznie większym problemem. W ciałem radziłam sobie robiąc przysiady i szybkie rozciągania w  te 2 minuty, zanim weszła kolejna osoba, masowałam ręce i kości ogonowe siedząc na krzesłach i wyrabiałam dziwne pozycje masując plecy, żeby się trochę porozciągać. Ale mózgu już porozciągać się nie da.

Psycholiada

Wyobraź sobie, że siedzisz przez 7 godzin w pomieszczeniu, gdzie nie masz żadnej rozrywki. Nawet jak coś wymyślisz to nie możesz tego realizować bo….masujesz.  Wyobrażasz sobie tą  nudę, która pęcznieje w głowie? Przez pierwsze  kilkadziesiąt pleców jest nawet ciekawie bo nowe, bo grube, bo chude, bo inne, bo trzeba się skupić nad kolejnością masowania, ale po setnych plecach, jedne to pozostaje to zastanawiać się czy ten pan co tu siedzi to ma perukę, czy nie. Ci ludzie siadali na moim krześle na 5-10 min relaksu, więc ciężko oczekiwać od nich ciekawej konwersacji (choć i takie się  zdarzały).

Następnym razem zanim zastanowicie się czy masażystę bolą ręce od ciągłego masowania pamiętajcie, że bardziej boli go mózg. Chyba, że mój się jeszcze nie wyćwiczył na tyle, żeby doceniać niemyślenie.

Komu, komu!

Dzięki temu, że krzesełeczko waży jedyne 14 kg to mogłam je zabrać niemal wszędzie. Nigdy nie wiedziałam, gdzie danego dnia będą masować i tak przyszło mi masować ludzi: z call centre, dużej firmy motoryzacyjnej, maleńkiej firmy od rozliczeń, agencji kreatywnej, migracyjnej i wielu, wielu innych.

Najdziwniejsze było wtedy, gdy moja szefowa powiedziała, że mam jechać masować na jakimś evencie. Organizatorka wielokrotnie w mailach podkreślała, żebym zapoznała się ze specyfiką wydarzenia. Na całej stronie z opisem nie było słowa sex więc założyłam, że nic AŻ tak szalonego tam się nie wydarzy. Przed wejściem kobiety w burdelówkach, panowie w cylindrach, laski w podartych sukienkach – klimat osobliwy. Po wejściu do teatru okazało się, że masaż ma odbywać się na scenie, po zakończonym przedstawieniu w którym publiczność brała czynny udział. I było to faktycznie najdziwniejsze miejsce, w którym postawiłam krzesło.

#satysfakcjagwarantowana

Masa  pozytywnych emocji w tej pracy jest gwarantowana. To co w niej najpiękniejsze, to że zawsze jest się pozytywnym człowiekiem. Nie ma nic lepszego, jak ludzie w drzwiach witający cię (dosłownie) z okrzykiem radości: “Jesteś!”. Jeszcze lepsze tylko jest gdy puszysta pani, która odmawiała 4 tygodnie masażu w końcu się godzi, po czym po kolejnych masażach wzdycha z przyjemnością i stwierdza, że jest super, albo ten brunet (co też nie chciał spróbować przez 3 razy) co pyta czy mam chłopaka, bo jeśli tak to niezły z niego szczęściarz.

To są takie drobne gesty świadczące o dobrze wykonanej pracy, wynagradzają nawet spuchnięty od bezmyślenia mózg.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *