Coral Bay – głoszona jedną z najpiękniejszych plaż Australii. Będąc w Kalbarri nie mogliśmy sobie jej odpuścić. Więc jedziemy kolejne 700 km na północ, żeby zobaczyć co ma nam do zaoferowania. Rezygnujemy na rzecz dalszej drogi z karmienia delfinów w Monkey Mia. Mamy wytrwałego kierowcę, który przewiózł nas w sumie 3000 km w 6 dni.

Wraz z naszą dalszą drogą, krajobraz nie zmieniał się zbyt drastycznie w wyjątkiem kilku szczegółów:
- Rosła temperatura,

2. Ubywało roślin,


3. Zmieniały się zwierzęta


Bobtail, jaszczur z niebieskim językiem wygrzewający się tu i tam, niegroźny, do pogłaskania w Caversham Park

O zmieniającym się klimacie bardzo dosadnie dał nam do zrozumienia znak:

Zwrotnik Koziorożca
i rzeka, która była tylko jedną z wielu jakie może kiedyś tu pływają.
W Coral Bay są 2 pola namiotowe, które są obok siebie i kilka małych sklepików. Niewiele więcej. Największą atrakcją jest plaża z lazurową wodą. Wydawało mi się, że najładniejszą plażę z najpiękniejszą wodą już widzieliśmy na Gili Air, ale czym byłyby podróże, bez odkrywania, że jest się w błędzie. 😉





Żółwie próbowaliśmy upolować siedząc nocą na plaży i czekając tylko przy blasku księżyca zobaczyć ich wielkie cielska kroczące na poród. Niestety tym razem się nie udało. Znaleźliśmy na plaży coś, co wmówiliśmy sobie jest pozostałością po jajkach żółwich i nawet tu fiasko. Poniższe zdjęcie to Sea Urchin czyli dla nas morskie jeżowce.







Nie ma żółwi, nie ma rekinów to jedziemy dalej.
Docieramy do oddalonego od Coral Bay miasta Exmounth. Tam pierwsze co nas zaskakuje to drepczące po ulicy Emu. Tak! Środek miasta, zatrzymujemy się na stacji benzynowej, a 30 m od nas matka i jej dziatka obskubuje drzewo, żeby przejść się środkiem ulicy. Wszystkie pojazdy w tym czasie spokojnie się zatrzymują i czekają, aż spacer obejmie mniej cywilizowane miejsca Exmounth.

W Exmounth zatrzymujemy się na takim oto polu namiotowym:

Ziemia okazuje się tak twarda i skuta, że nie jesteśmy w stanie przybić namiotu do ziemi dlatego zostajemy przy wersji kołpaki – paliki. Wiatr jest tu bardzo silny, więc nie ma opcji, że zostawimy go nie przywiązanego.
Wbrew pozorom największym uniedogodnieniem pól namiotowych są..papugi. No i oczywiście słońce. Rozwiązanie na te problemy jest jedno – wstać wcześniej niż one. Zdarzyło nam się wstawać podczas tego wyjazdu o 5 albo 6 (ku “uciesze” Ł.) po to żeby:
-> zaoszczędzić czas kiedy nie jeździmy po zmroku by nie paść ofiarom kangurów,
-> uniknąć upału, który jest do zniesienia w samochodzie z klimą, ale już nie w namiocie w 3 osoby,
-> uniknąć wrzasku stada papug na głową.
Absurd. Wiem. Życie.

Następny nocleg będzie już na terenie Parku Narodowego Cape Range. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można spać w parku, więc korzystamy. Płacimy 40$ za 3 osoby za wjazd, co pozwala nam na wybranie własnego miejsca na nocleg. Nie jest to do końca samowolka, bo tak na prawdę jest to po prostu kilka miejsc blisko plaży, do których zjeżdża się z głównej drogi. Są na nich miejsca do parkowania, oddzielone słupkami małe tereny pod namiot i proste toalety. Wybieramy miejsce w którym już stoją 4 samochody, ale jest najbliżej plaży. Słyszymy tylko huk oceanu. Wieje, więc much brak 🙂
Cape Range National Park
Ostatni park jaki przyszło nam zobaczyć to Cape Range z jego ścieżką widokową na 2 km. Nie jest niczym w porównaniu do Kalbarri, ani pod względem widoków, ani wysiłku. Mimo to czerwona ziemia kanionów w bliskości wody ciągle robi na nas wrażenie.


Droga powrotna to jakieś 1300 km do Perth dlatego po drodze jeszcze zatrzymujemy się w kilku miejscach.
Powtarzamy nasza wizytę w Pinnacles Desert. K. zna je z naszych zdjęć i koniecznie chciał je zobaczyć na własne oczy. Dla nas też to było ciekawe doświadczenie bo okazało się, że żółte piaskowe stożki wyglądają teraz na gołe kamienie. Tylko się domyślamy, że to wiatr poczynił takie zmiany. Chyba, że to muchy zeżarły cały piach, co sądząc po ich ilości nie jest takie bardzo nieprawdopodobne. Nie wspominał o tym żaden przewodnik, a różnica wizualna jest ogromna.
Mądry człowiek co wymyślił siatki 🙂
Muchy zjadły piach, a stromatolity wypiły wodę, z jeziora Thetis. Zobacz tutaj jak wyglądało 2 miesiące temu podczas naszej pierwszej wizyty.









3 komentarze
Wakacyjny odpływ ?:) niezle..susi
Bajka! Wy w takiej scenerii…daleko od problemow Europy…a my…troszke zmeczenie swiatem tutaj po drugiej stronce ziemii…coz…mimo wszystko zawsze uwazalam ze AU jest najlepszym miejscem do zycia! Disfrutad la vida!
Problemy Europy są nam bliskie nawet tu. Codziennie śledzimy sytuację polityczną w Polsce, martwimy się o wszystkie narastające napięcia. My nie jesteśmy emigrantami. Przyjechaliśmy tylko tu na chwilkę więc serca zostały w Polsce. A do Australii zapraszamy. Miejsc tu pod dostatkiem.