Songkran pewnie chciałoby się przetłumaczyć jako pieśń o kranie. W zasadzie jest to pieśń o szlaufie i wiadrze. Tak na prawdę Songkran to najważniejsze i najhuczniej obchodzone święto w Tajlandii, hucznie jeszcze bardziej przez turystów. Zaczęło się 12-go kwietnia i trwało do 15-go. Większość Tajów w tym okresie podróżuje do swoich rodzinnych domów. Nowy rok to przede wszystkim czas spędzony z rodziną, czas składania darów Buddzie, parad, a dla nas – polewania wodą. Już kilka dni przed samym Songkranem z ulic zniknęły dotychczasowe stragany z ubraniami i jedzeniem, a zastąpiły je spluwy wodne, wiaderka i wodoodporne sakiewki na telefon.
Dodatkowo wielkie kolumny z muzyką robiły z tego jedną wielką imprezę. Wszędzie dziesiątki wodnych instrumentów w cenie od 25 do 55 zł, moje wiaderko było po 2,5 zł i też dawało radę, tylko wymagało częstego
ładowania amunicji. Wokół całego starego miasta Chiang Mai (tam byliśmy w czasie największej akumulacji) jest kanał, który umożliwiał jej ciągły dostęp. Nie ma szans by być suchym. Nasz śmingus dyngus to przy tym jak splunięcie do potopu. Niektórzy próbowali chodzić w foliowych płaszczach przeciwdeszczowych, ale hm. Nie ma szans. Całe ulice zakorkowane przez pick up-y załadowane 15 osobami uzbrojonymi w broń różnego rodzaju. W związku z temperaturą jaka tu panuje, po pierwszym zmoczeniu majtek polewanie przestaje robić na człowieku wrażenia, chyba że podjedzie samochód z beczką, w których jest głównie rozpuszczony lód. Na ulicy lód w cenie 8 zł (za ile – nie wiadomo).
Nie ma co opowiadać trzeba zobaczyć:
I tak przez 4 dni…

2 komentarze
hahaha, super 😀 dobrze, że macie kamerę wodoodporną 😛 Kupiliście w końcu GoPro czy taką Sony jak my mamy?
W końcu kupiliśmy chińską podróbkę SJ CAM, która okazała się w zupełności wystarczająca a znacznie tańsza.