Singapur to miasto kontrastów: od zatoki otoczonej wieżowcami po małe, indyjskie domki, od bogatych, białych biznesmanów po staruteńkich rdzennych mieszkańców zamiatających ulice. A ponadto przepych, czystość i młode państwo bez własnej, silnej kultury. Wszystko wokół jest idealnie zaplanowane tak, że ma się wrażenie, że to jakaś perfekcyjna makieta, a nie prawdziwe miasto – państwo.
Po Singapurze poruszamy się metrem – najszybciej, najtaniej i drogowskazy idiotoodporne, więc bez problemu można wszędzie się dostać. Warto od razu kupić kartę za 5$, którą później tylko ładujemy.
Pierwszy dzień poświęcamy naszej okolicy – powalające i przytłaczające budowle biznesu. Marina Bay to odcinek idealny do porannego biegania, albo popołudniowego spaceru. Można tam zachwycić się industrialną duszą miasta, strzelić fotkę z Marlion’em – symbolem Singapuru (w końcu to „miasto lwa”).
Gardens by the Bay
Ogrody w zatoce to kolejny ludzki cud architektoniczny.

Na terenie parku można spędzie dobre kilka godzin szwendając się w cieniu i spacerując po oranżeriach. Czy warto płacić 28$ za wstęp? Niestety nie wiem, mieliśmy mało czasu przed wylotem na Bali, ale na pewno warto wyjść na górę.

China Town
Pojechaliśmy też do China Town, gdzie buddyjska świątynia spokojnie stoi sobie obok meczetu. W meczecie byliśmy tylko „kawałek”, za to wejście do buddyjskiej to kompletny obowiązek.
Na samej górze budynku jest ogród, w którym znajduje się podobno największe Prayer Wheel (koło modlitewne) na świecie. Wokół niego znajduje się 10 000 posążków Buddy (każdy na numerek więc łatwo sprawdzić, że tyle właśnie ich tam jest) .

Trzymanie koła i spacer dookoła ma ponoć moc równą modlitwie, więc to takie modły dla leniwych.
Więc właśnie poleciały dwie zdrowaśki.
Poza tym masa chińskich wyrobów i kompletnie inna zabudowa niż 2 ulice dalej.
Little India

Podobnie wygląda Little India. Ma się wrażenie, że oba te kraje wcięły tu swoje fragmenty – budynki, kobiety w tradycyjnych strojach, kwiaty, stragany, hałas i nic z singapurskiego porządku. Ma się wrażenie, jakby w tych częściach miasta obowiązywały inne zasady.

Sentosa – wyspa szaleństwa
Sentosa to wyspa na której można:
- Iść na plażę,
- Przeżyć atrakcję 4D
- Pojeździć samochodami
- Zobaczyć oceanarium
I jeszcze 100 innych rzeczy, które można znaleźć na ich stronie.
My kupiliśmy pakiet oceanarium + 2 atrakcje co wiązało się z kosztem 44$. W oceanarium spędziliśmy 2 h gapiąc się jak dzieci w rybki.
Botanic Gardens
Również cały dzień chodzenia, biegania, czytania książki można zafundować sobie w ogrodach botanicznych. Poza tym oranżeria ze wszystkimi gatunkami orchidei i las tropikalny to świetne miejsca na upalny dzień.
Niesamowitości dnia codziennego:
Dyskryminacja ma tu całkowitą rozpustę:
1. Czekając po jedzenie mogliśmy mieć pierwszeństwo przed panią Azjatką, która stała przed nami
2. Nie ma sensu ustępować miejsca w transporcie publicznym starszym Azjatom – białas ma siedzieć







