Dla małej Holy był to niewątpliwie ważny dzień, pełen wrażeń. Dla nas również, mimo, że jesteśmy grupą ludzi starszych od niej pewnie 3 i 4 krotnie. Mała Holy, może mieć 5 albo 7 lat. W sumie ciężko powiedzieć, bo była zakaskowana, widziana z dołu i na tle takiej skały, że każdy wyglądałby na malutkiego. Bez wątpienia jednak jest to mała istotka. Wielki kask razem z Holy w środku schodził powoli z 20 metrowej skały. Mama Holy musiała mieć stalowe nerwy, a i tak to ja poryczałam się z dumy i wzruszenia kiedy stopy Holy dotknęły ziemi, zaraz obok jej taty. Całe gapiostwo na małą Świętą odbywało się w Wielkim Kanionie (Great Canyon) Grampiansów, gór położonych na północny zachód od Melbourne.

Dla nas też to był dzień pełen wrażeń. Ku uciesze K. zobaczyliśmy jedyne zwierze na E w “Państwa i miasta”, ku uciesze T. wypiliśmy piwko na szlaku, uciesze Ł. – jedliśmy w turboobsukrnym barze tradycyjne australijskie danie – fish and chips na gazecie i ku mojej, połaziliśmy wystarczająco dużo, żeby się zmęczyć.
Grampiansy słyną z pięknych widoków, Halls Gap (nasze krupówki, gdzie największą atrakcją są 2 budy z lodami i wyschnięte koryto kamienistej rzeki na “brzegu” której te lody się konsumuje) i powinny z morza Azjatów. Razem z K. T. i Ł. przyjechaliśmy tu na długi weekend (przedłużony o ANZAC Day, czyli święto australijsko-nowozelandzkiego wojska). Pierwszego dnia przelatujemy najbardziej znane trasy czyli wodospady i balkony. Jak możecie zauważyć, nie będzie tu uroczego przekłamania w postaci odosobnionych zdjęć na łonie dzikiej natury. Jedyne co jest tam dzikie to tłumy z selfiestickami, które co chwilę machają ci nad głową.

Zdjęcie pod tytułem „ilu Azjatów zmieści się”…wlazło ich tam 5cioro. A ile białasów? Ani jednego, żaden z nich nie odważył się przeciskać przez drut i wielki znak „uwaga, zakaz wchodzenia, grozi utratą życia”. Tak więc pomachaliśmy sobie naszymi selfie stickami i pojechaliśmy napić się wódki jak prawdziwi Polacy.


Drugiego dnia przechodzimy Wielkim Kanionem z małą Holy przyczepioną do ściany, żeby tak dojść do Pinacles czy wielkich formacji skalnych, każda nad przepaścią. I jak poprzednio latającymi patykami do zdjęć.

Trzeci dzień to dzień zagubionego ucha. Ucho usłyszało (ale tylko jedno), jak pan w informacji poleca tunel pod ziemią, ale już nie usłyszało ani jak, ani gdzie, ani czego się spodziewać.
Fajnie, że jest po drodze – jedziemy. Droga robi się wąska, polna, pod górę i jest „parking” czyt. Wykarczowane poletko przed wejściem na szlak. Niedaleko od tego miejsca są wielkie wrota do tunelu. Wyglądają na zamknięte. Tunel faktycznie jest pod ziemią, a dokładniej pod górą ziemi. Szlak prowadzi nas pod górę, a później z góry (T. pewnie będzie tą trasę wspominał z rozrzewnieniem, bo nie spotkaliśmy żadnego Azjaty) po to, żeby naruszyć prywatność opalającej się damy nad wodą i jej rozszalałych dwóch Kelpie.
I szlag! Ani nie ma drugiej strony tunelu i na dodatek trasa taka sama, czyli pod górkę.



Tego dnia oglądamy jeszcze na szybko malowidła Aborygenów, których tu nie pokażę, bo pewnie umiecie sobie wyobrazić jak można namalować białą kredą człowieka i 2 psy na ścianie kamiennej setki lat temu.
Grampiansy to jedne z tych górek, które nie zawodzą widokami. O każdej porze jest tu coś pięknego. Niezależnie jednak od pory, miejsca widokowe cieszą się tak dużą popularnością, że ciężko o prywatną trasę wolną do iPhonów na stickach. Po te należy wybrać się do Alpine National Park.








