Przez kilka dni będziemy mieć tu duży bałagan. Wszystko jest nowe i tak inne, że można by pisać o każdym kroku.
Jak trochę się uspokoję i zacznę przechodzić do porządku dziennego z gekonem na ścianie, zdecydowanie łatwiej będzie mi tu zaprowadzić porządek więc póki co – miszmasze z pierwszych dni w Tajlandii. W planach Bangkok, wioska pod Bangkokiem, Ayutthaya i znowu Bangkok.
Tymczasem:
Na dzień naszego przylotu przypadły urodziny króla, który patrzy tu na nas z każdego kąta, każdego warsztatu i z ulicy. Król jest wszędzie. Szacunek do królewskiej rodziny więc wylewa się ze wszystkich stron. Jak obrazić Taja? Wskazać na króla stopą – najbardziej z nieczystych części twojego ciała.
Ponieważ dla nas (póki mamy jetlag i kompletny brak ochoty na zwiedzanie) Bangkok to spanie i jedzenie, będzie kilka słów o tym drugim. Oczywiście zgodnie ze wszelkimi zaleceniami jemy tylko tam, gdzie je wielu lokalsów. Jedzenie jest wyśmienite – głównie ryż i kurczak, chyba, że bierzesz mięso, które wygląda jak kurczak, a okazuje się kalmarem albo innym morskim stworzeniem. Jedliśmy do tej pory za każdym razem inną potrawę – za każdym razem dobrą. Najdroższym naszym spożywczym wydatkiem było piwo za 13 zł o smaków sików. Najtańszym dziś obiad obok farmy węży za 3 zł.
Każdy, kto lubi zakupy poczuje w Bangkoku raj. Całe stacje są wokół zastawione galeriami handlowymi, często ekskluzywnymi. W jednej z nich całe ściany pokryte są roślinami, w innej wystrój jest pod tytułem “Leć na zakupy”, gdzie nawet panie w recepcji ubrane są jak stewardessy, a ochrona przy bramce to piloci.
Snake Farm
Wejście na farmę węży kosztuje 200 Baht czyli ok. 20 zł. O 11.00 jest pokaz upuszczania jadu, na który spóźniliśmy się jakieś 20 min. Można zobaczyć kilkadziesiąt gatunków węży i poczytać jak, gdzie i kiedy kąsają.
Kilka zasad wężowych, jakich nauczyliśmy się na farmie:
- Jest masa jadowitych węży w Tajlandii, ale większość aktywna tylko w nocy
- Są 2 gatunki którymi możemy się martwić, bo są wszędzie, spacerują też w dzień i są w trawach
- Plus powyższego, że są gigantyczne, więc nie sposób (hope so) ich nie zauważyć
- Minus – są gigantyczne
- Jak się jednak zauważy za późno, jest bliżej niż 2 długości swojego ciała, to się nie poruszać
- Jak się jednak poruszyło i ugryzł to umyć wodą i mydłem, zawinąć bandażem, żeby wolniej dziadostwo rozchodziło się po ciele
Żyje w nadziei, że te są jedynymi, które tu widzimy.
Transport w Bangkoku
Aby sprawnie przemieszczać się na dużych odległościach my zawsze wybieraliśmy BTS czyli kolejkę nadziemną albo metro, co zawsze kosztowało nas za dużo (1 dnia wydaliśmy we 2 osoby ok. 60 zł). Przed każdym wejściem są maszyny do biletów, które przyjmują tylko monety. My mieliśmy tylko banknoty, na szczęście w Tajlandii, jak i w Rosji, każdy ma pracę i każdy się przydaje, więc jest na każdej stacji okienko „change” gdzie tylko rozmienia się pieniądze i nic więcej. Płaci się dokładnie za ile stacji się jedzie, więc metro nas nie wypuściło jak wymyśliliśmy sobie jechać 1 stację dalej. Drugiego dnia zmądrzeliśmy i kupiliśmy sobie dzienny bilet, ale tu klops polegał na tym, że nie obejmował metra.
Tuk tuki są ponoć fajne na małe odległości, ale ze względu na ruch i odległość nam się nie opłacało.
Niesamowitości dnia dzisiejszego:
- Wioski o tej samej nazwie mają dodatkowo numery więc kolejna wieś o nazwie Warszawa byłaby Warszawa 5
- Przy połowie domów stoją złote domki „houses of spirits” całe złote, otoczone słoniami miniaturowe świątynie hinduizmu
- Starszyzna nie odróżnia buddyzmu i hinduizmu
- Polujące w nocy za oknem gekony „szczekają”
- Na targach sprzedaje się też mięso, część sprzedawców stoi i macha patykiem z nabitą na nim reklamówką, a część:




